Poniżej przedstawiam kilka krótkich recenzji pochodzących głównie z forum strony procesy.socjum.pl. Często są to tylko notki, nie mające pretensji do głębszej analizy, często również to działanie w afekcie - bywa różnie – kiedy ocenia się kogoś z własnej profesji – dlatego czytelników proszę o wyrozumiałość – złośliwości są chwilowe, negatywne emocje efemeryczne, kiepskie argumenty są do obalenia, kiepskie myśli do wymienienia:)

Ponieważ jakoś tak wyszło, że częściej czytam niż chodzę na wystawy, postanowiłem umieszczać tu również teksty o książkach i artykułach, które z jakiegoś powodu wydały mi sie ciekawe. Ostatnio też kino. Więc o filmach też czasem.



Stephen Wiltshire Gallery

Stephen Wiltshire to genialny rysownik, z niezwykłą pamięcią ejdetyczną, która pozwala mu rysować z pamięci całe panoramy miast po jednym ich zobaczeniu. Obejrzałem wszystko, co było do obejrzenia w jego galerii od najmniejszych wydruków po wielkie oryginały. Każdy z tych rysunków jest tak bogaty w detal, że można spędzić długie minuty analizując ich precyzję i zgodność z architektonicznymi pierwowzorami. Trudno uwierzyć, że nie są kopiami zrobionymi na bazie fotografii, że są wspomnieniami. Patrzenie na te rysunki to z jednej strony przyjemność estetyczna - wprost uwielbiam tą ekspresyjną beztroskę, z pozoru niedbałego i szybkiego, szkicowego wykonania... Z drugiej strony to również obcowanie z obiektami, które są świadectwem pracy niebagatelnego, nietypowego mózgu, to obcowanie z dowodami na neurobiologiczną inność. Gary Marcus w książce "Prowizorka w mózgu" uświadamiał czytelników o niedoskonałości ludzkiego mózgu wskazując, między innymi na naszą niezwykle ułomną pamięć i o ile dobrze pamiętam, przywoływał przykład z życia codziennego kiedy nie jesteśmy w stanie znaleźć naszych kluczy, co zdarza się niemal każdemu... Jeśli nie jesteśmy w stanie zapamiętać gdzie zostawiliśmy tak niezwykle cenną rzecz jak klucze do mieszkania czy samochodu jak moglibyśmy pamiętać najdrobniejsze detale fasady Big Bena po jednym wakacyjnym spacerze jaki wokół niego odbyliśmy np rok temu... Albo tydzień temu...? Wiltshire to potrafi. Mam niezwykłą radochę wyobrażając sobie jakich trików, sztuczek i hacków musiałbym się nauczyć żeby zapamiętać te wszystkie detale. Choć wydaje mi się, że pamięć mam całkiem niezłą jeśli chodzi o to, co ma przestrzenny charakter, doskonale zdaję sobie sprawę, że kiedy przychodzi do najprostszego testu jakim jest narysowanie kawałka architektury, którą mam przed oczami, nieustannie popełniam błędy w rodzaju mylenia ilości okien, szprosów, listew czy kolumn... Samo ich policzenie wymaga skupienia uwagi... Najwyraźniej musi tu zachodzić jakiś zupełnie inny percepcyjny mechanizm. Autystyczny bohater filmu Rain Man, grany przez Dustina Hoffmana w jednej ze scen podaje dokładną liczbę wykałaczek, krótką chwile po tym jak przez przypadek upadają na podłogę. Osobą, która była w stanie dokonać takiego wyczynu w prawdziwym życiu był Kim Peek, który był inspiracją dla scenarzystów tego filmu. Prócz wielu innych fenomenalnych, nadludzkich wręcz umiejętności, potrafił on zapamiętać treść każdej książki jaką kiedykolwiek w życiu, na prędce choćby, przewertował. Wygląda to trochę tak jakby surowe dane jakie spływają do siatkówki oka takiego savanta, zupełnie nieobrobione lub minimalnie obrobione trafiały do jego pamięci bez przypisywania im żadnych hierarchicznych znaczników ważności... Wszystko jest tak samo ważne. Przecież doskonale wiemy, ze nie musimy wiedzieć gdzie dokładnie leżą nasze klucze - one na pewno gdzieś tu są... Sołomon Szerieszewski opisany przez sławnego rosyjskiego neuropsychologa Aleksandra Łurię, który miał podobnie imponującą, niemal sawancką pamięć, bardzo narzekał na powracające i przytłaczające go psychicznie reprezentacje rzeczy, które pamiętał... Podobnie inni obdarowani hipermnezją często postrzegają ten dar jako przekleństwo. Wygląda na to, że automatyczna selekcja informacji jakie trafiają do naszej świadomości przydaje się aby nie doznawać psychologicznych przeciążeń. Te rysunki są żywym świadectwem tego, że w mózgu Wiltshire'a pewne procesy muszą zachodzić inaczej niż w naszych. Trudno powiedzieć chyba na czym dokładnie polega ta różnica... Jeśli niekóre uszkodzenia mózgu mogą prowadzić do nabytego savantyzmu można to chyba rozpatrywać w kategoriach deficytów ale czy naprawdę nie chcielibyśmy czasem pamiętać lepiej tego, co się wydarza w naszym życiu? Dla mnie jako plastyka, to, co robi Wiltshire to czysty geniusz i łatwo mi zapomnieć o tym, że Wiltshire nie prowadzi w pełni normalnego życia społecznego... Już kiedyś pisałem tutaj o książce Temple Grandin, która również jest autystyczna i wielokrotnie podkreślałem, że podziwiam samotników, głęboko skupionych na swoich celach. Ta koncentracja i to mistrzowskie poświęcanie się jednemu, to doprowadzenie do perfekcji dość monotonnych ale często złożonych działań sprawia, że mimo tych społecznych braków, autystycy wzbudzają mój głęboki szacunek. Być może mają w jakiś sposób zmutowane DNA, co sprawia, że ich mózgi funkcjonują inaczej ale mam to wrażenie, że czyni ich to w wielu aspektach lepszymi, że to być może kolejny etap ludzkiej ewolucji. Często myślę, że to wycofanie społeczne autystyków może wynikać zwyczajnie z hiperwrażliwości na bodźce a nie z braku zrozumienia jakichkolwiek aspektów życia społecznego. Przyglądałem się jak Wiltshire rysuje ludzi, bo niekiedy pojawiają się na jego rysunkach. Zazwyczaj niemal wyzbyci są twarzy, nie da się z nich odczytać żadnych emocji. Zazwyczaj to tylko sylwetki, które niemal stapiają się z architekturą. Mimo, że można mieć przez chwilę wrażenie, że obcuje się z czymś bliższym fotografii, skąd być może pochodzi to niezbyt ładne określenie "ludzka kamera", to dla mnie w tych rysunkach jest wyraźny styl, wyraźna preferencja - silny barokowy światłocień uwydatniający kształty, pop-artowe motywy typu żółte nowojorskie taksówki czy czerwone londyńskie autobusy podkreślone niekiedy kolorem, wszystko w nieco komiksowym stylu... Te wybory estetyczne to świadectwo bardzo wyraźnego charakteru, osobowości, algorytmu wg którego myśli Wiltshire i nie jest to wyzbyte podmiotowości, której często ludziom się odmawia przez to, że ktoś naznaczył ich etykietą neurologiczną. Kiedy już wszystko obejrzałem, stanąłem przy swoim rowerze zaraz pod galerią i dłubałem przez chwilę przy swoim telefonie. Wtedy z okna wychylił się Stephen, jak zwykle ze słuchawkami w uszach, który najwyraźniej pracował nad jakimś rysunkiem na piętrze galerii, uśmiechnął się do mnie i mi pomachał. Odmachałem mu i miałem to dziwne wrażenie, że rozumie jakim szacunkiem go darzę.
4.8.19






Anish Kapoor w Pitzhanger Gallery

Nigdy wcześniej nie widziałem na żywo żadnej rzeźby Anisha Kapoora. Zdjęcia a i owszem. Muszę przyznać, że to, co widziałem, wydawało mi się nieco zbyt proste, minimalne ale nie w tym pozytywnym sensie uzasadnionego ascetyzmu tylko w sensie efektownego lenistwa. Jak zwykle przy okazji takich estetycznych refleksji trudno wziąć pod uwagę rzeczywistą skalę, wielkość obiektów, właściwości materiałów z jakich są wykonane i nie sposób sobie realistycznie wyobrazić efektu oddziaływania takiego obiektu... Jestem niezrealizowanym rzeźbiarzem abstrakcjonistą (moje rysunkowe projekty są dowodem!). Z zazdrością i jednoczesną euforią podziwiam błyszczące balonowe formy Jeffa Koonsa, fantastycznie zagmatwane obiekty Franka Stelli, kolosalne, ciężkie i konkretne, stalowe rzeźby Richarda Serra, kolorowe monumentalne rzeźby Alexandra Caldera... Każda taka radosna okoliczność, kiedy mogę sobie w skupieniu pospacerować z aparatem dookoła czegoś takiego, uświadamia, że zdjęcie to niewiele... Obiekty Kapoora są dla mnie jak coś z zupełnie innego wymiaru, coś spoza fizyki, z którą mamy na co dzień do czynienia. Pierwsze wrażenie prostoty ewaporuje z gotującego się mózgu zaraz po tym jak podejdziesz bliżej. Lustrzana powierzchnia sprawia, że te proste obiekty okazują się dynamiczne - z prostej bryły powstaje rzeźba kinetyczna gdzie ruch wprowadzasz ty sam jako widz i każdy, najsubtelniejszy twój ruch, czy czegoś w twoim otoczeniu, zaburza twoją percepcję obiektu. Jesteś rozproszony i zdezorientowany nie tylko przez to, że to ty sam, zdeformowany odnajdujesz się na powierzchni obiektu, w końcu ten najbardziej osobisty wizerunek staje się tutaj znienacka częścią dzieła sztuki, ale też dlatego, że nie jesteś już w stanie jednoznacznie określić jaki jest kształt, jaka jest forma tego, co widzisz. Z bliska dostrzegasz dziury, wklęsłości, zagięcia, jednak znowu, przez to, że powierzchnia jest lustrzana, nie możesz mieć pewności jakie są rzeczywiście te przestrzenne złożoności... Krawędzie toną w gąszczu plam... Próbowałem dostrzec choćby najdrobniejsze świadectwa pracy autora, jakieś materiałowe niedoskonałości, jakieś ślady ręki Kapoora czy jego asystentów, przycięcia, nierówności... Naprawdę długą chwilę zajęło mi dopatrzenie się tego, że jeden z kulistych obiektów, nie jest tak naprawdę ciężkim i konkretnym obiektem na jaki wygląda, ale, że jego ścianki są niezwykle cienkie i że cięcie, tego kosmicznego zapewne materiału, pozostawiło drobne ślady... Ale to chwilowe doświadczenie ludzkiej niedoskonałości momentalnie zniknęło, kiedy ruszyłem głową, kiedy gałki oczne oddały się standardowym sakkadowym przeskokom i z trudem udawało mi się potem skupić uwagę znowu w tym samym niedoskonałym miejscu. Lustra Kapoora powiększają, pomniejszają, odbijają do góry nogami i kiedy idziesz w prawo twój wizerunek idzie w lewo. Do tego widzisz to jak przepuszczone przez kolorowe filtry. Trochę jakbyś zobaczył coś przypominającego Ciebie samego ale jakby w kilku klatkach jakiegoś surrealistycznego video artu...
Potem możesz próbować odczytać jakieś potencjalne znaczenia... Możesz konstruować w głowie kaskadersko zdania typu: To obiekty, których integralną częścią jest to, co je otacza, przy czym jednocześnie informacje o ich naturalnych właściwościach są niemal zupełnie ukryte... Informacje dotyczące rzeczy, które są lustrzanie odbijane też wydają się być utracone, w końcu są mocno zniekształcone...
W jednej z rzeźb, w prostym graniastosłupie, możesz dostrzec swoje odbicie bez zniekształceń ale na wysokości swojej głowy dostrzeżesz okrągły otwór, przez który zobaczysz galeryjną przestrzeń... Co momentalnie przypomina mi o buddyjskiej opowiastce o kobiecie, której wydawało się, że straciła głowę... I podobnie jak z tą głową, należałoby tych rzeźb może dotknąć, obadać jakimiś innymi, specjalistycznymi narzędziami, a nie tylko, niewystarczającymi do postawienia właściwej diagnozy, własnymi oczami, żeby się przekonać jak to z tymi informacjami o naturze tych obiektów naprawdę jest. Ale nie możesz tego zrobić. Jest to wręcz surowo zabronione. Galeryjni stójkowi karcą cię srogimi spojrzeniami ilekroć zbliżysz się do którejś rzeźby za bardzo...
Pod pewnymi kątami obiekty te wydają się zupełnie przeźroczyste i stając w niektórych punktach sali możesz na ułamek sekundy zapomnieć, że tam w ogóle są.
Z tą prawdziwą naturą tych obiektów jest trochę tak jak z naturą umysłów. Choć umysły są na pozór proste, łatwo dostępne w introspekcji - możemy się długo bawić w odkrywanie ich natury, dając się ciągle oszukiwać przez to, co te umysły modelują. To modelowanie jest podobnie fałszywe i zniekształcone jak wizerunki widzów na powierzchni rzeźb Kapoora... Przy czym mózg to nie to, co percypowane, co mówione, co doświadczane - mózg to prawdziwe, mierzalne parametry i właściwości. Te rzeźby pozbawiają widza złudzeń, co do jego zdolności do łatwego interpretowania tego, co spostrzegane. Wchodziłem na tę wystawę niemal pewny, że znowu zobaczę, coś łatwego do ogarnięcia ale teraz jestem przekonany, że mógłbym zobaczyć tę samą wystawę jeszcze kilka razy i za każdym razem odkrywałbym w tych obiektach coś nowego, zarówno w aspekcie wizualnym jak i z pewnością natknąłbym się na jakąś nową warstwę znaczeniową, którą te rzeźby ewokują...
Teraz przyszło mi do głowy jeszcze inne zdanie: Przez te odbicia można mieć wrażenie, że te rzeźby obserwują widza... I jeszcze kolejne: Wnętrza tych obiektów wydają się trudniejsze do opisania niż zewnętrzne ich aspekty... Znowu - jak z tą durną świadomością!
A może Kapoor przez te lustra pokazuje jak narcystyczni jesteśmy, że abstrakcyjna rzeźba może przeciętnego widza zainteresować dopiero jak w jakiś sposób do owego widza nawiązuje. Jakbyśmy nie byli w stanie myśleć o niczym innym niż my sami. Jakby samo kontemplowanie formy nie wystarczyło i jakby Kapoor rekompensował deficyty uwagi przeciętnego widza upraszczając mu zadanie i tworząc cel medytacji w postaci samego widza, jakby pokazując nam, że wzruszyć nas może jedynie nasza własna twarz nawet w kontekście, który bez obecności naszej twarzy wydałby się większości obojętny, neutralny... Przypomina mi to też moje naiwne estetyczne wywody z czasów liceum kiedy argumentowałem, że sztuka abstrakcyjna jest skazana na porażkę z powodu braku możliwości utożsamienia się widza z tym, co przedstawiane...
Zostawmy to już bo się zaplącze w tych odbiciach i refleksjach...
Koszt zabawy 7 funtów.
Nieskazitelność luksusu londyńskich galerii, znowu, aż kole w oczy. W zeszłym roku jakoś bardziej mi to przeszkadzało... Bardziej dlatego, że ciężej pracowałem i patrzyłem jak inni są też zniewalani poprzez fizyczną pracę i konieczność utrzymania się na powierzchni w bardzo drogim mieście... Taki ból dupy na zasadzie - tutaj elitka kontempluje sobie przestrzenne śmieciuszki przeznaczając długie minuty na analizy a ja muszę te skrzynki z żarciem do supermarketu w magazynie nosić póki mi się jakiś staw nie rozklekoce... Bilety drogie... Na galerie wielka rządowa kasa... Miliony funtów za dzieła sztuki... Kontrast znaczący i ewidentna niesprawiedliwość dziejowa... Mimo, że tym razem pracuję lżej - ciągle, ta ekskluzywność, sterylność świata sztuki współczesnej wydaje mi się obrzydliwie nieludzka i kompletnie odcięta od beznadziejności losu przeciętnych, ciężko pracujących ludzi z ekonomicznych i społecznych nizin... Czy ten kontrast między sterylnością abstrakcyjnych idei i mozołu codziennego życia was nie przeraża? Dlaczego wydajemy miliony dolarów na te czysto estetyczne obiekty, nasz intelektualny Disneyland, kiedy w centrum Londynu możemy dostrzec setki bezdomnych lub setki wycieńczonych pracą niewolników... Czy nie lepiej byłoby uczynić ludzi jeszcze bardziej wolnymi? To zupełnie jakby estetyka pozwalała zapomnieć o praktycznych celach, jakby pozwalała wyłączyć empatię... Zaślepić nas jak religia... Czy potrzebujmy tego rodzaju galerii, jak kościołów, na które musimy tak beznadziejnie ciężko zapierdalać... Czy potrzebujemy tych nieuświadomionych ofiar naszych estetycznych zabaw? Oczywiście to nie Anish Kapoor jest winowajcą - to nasze mózgi, których właściwości Kapoor odsłania, zwodzą nas wszystkich...
20.7.19








“Syd Barrett & Pink Floyd. Mroczny świat.” - Julian Pallacios

Syd Barrettt to jedna z ikon eksperymentalnego rock’n’rolla opisywana często jako jedna z ofiar LSD, dziwak, odludek, wariat. Dudziarz londyńskiego podziemia, outsider, którego musiałem poznać lepiej. Ta książka nie nasyciła jednak mojej ciekawości. Choć czytanie o tym jak powstało Pink Floyd i jak doszło do wydania pierwszej ich płyty, co umaczane było jak cukier w kwaśnej psychodelii lat sześćdziesiątych, było super przyjemne i choć historia powstawania i upadku kontrkulturowego, londyńskiego podziemia może służyć jako instrukcja - “jak nie należy niszczyć rewolucji” to, jako szczególnie zainteresowany psychologią czytelnik, nie znalazłem tam dość wnikliwej analizy Barretta. Ta książka to dziennikarski majstersztyk, mnóstwo dat, opisów konkretnych imprez, koncertów, kapeli, które wtedy były znane itp ale wydaje mi się, że mimo dobrych intencji, autor nie wykazał się odpowiednią dozą empatii, ciągle podkreślając, że Barrett się staczał, że przegrał, że upadał. Te stylizowane na detektywistyczne dociekania na temat neurologicznego podłoża domniemanych zaburzeń Barretta wydawały mi się mocno naciągane i brak jest wystarczających dowodów, żeby Barrettowi takie przypisywać. Pojedyncze anegdoty opisujące dziwność Barretta też można uznać za złą wolę, niechęć zrozumienia, nadinterpretację. Ilość kwasów czy środków, które rzeczywiście wchłonął mózg Barretta to również niewesołe domysły. To nie są relacje pierwszoosobowe, które byłyby najcenniejsze a historie o człowieku, który był skrajnie introwertyczny, więc muszą być skazane błędami. Nic o nas bez nas... Ta książka to opowieść snuta z perspektywy, która kryje w sobie wiele założeń wmontowanych u samych podstaw i są to założenia, które również dotyczą tego, co uznaje się za normalne. Za nienormalne uznaje się izolację, za nienormalne uznaje się introwertyzm i rezygnację z pewnych relacji społecznych, za nienormalne uznaje się nagłą zmianę dotyczącą własnych planów... Choć autor ani nie atakuje Barretta ani go specjalnie nie beszta za jego życiowe wybory, dość wyraźnie widać, że uznaje to, co stało z resztą członków Pink Floyd, za modelowy sukces i coś do czego powinien chcieć dążyć Barrett. Przy tej znajomości faktów dotyczących Barretta ja bym zinterpretował jego życiorys zupełnie inaczej. Dojrzewający, wrażliwy chłopak cieszy się zdrowiem i wolnością razem ze znajomymi. Maluje, gra na gitarze, pali trawę, kocha się. Marzy o wolności i beztrosce, której nie ma końca. Jeśli coś robi to z naturalnej potrzeby. Maluje, co chce, gra i śpiewa o czym chce i jak chce. Koledzy chętnie mu pomagają i akompaniują. Dzieje się to bez stresu i w przyjemnej atmosferze. To pokolenie coraz bardziej świadomie walczy o to, żeby już nic nie musieć. Wolność i anarchia. Inspirują się muzyką improwizowaną, szeroko pojętą awangardą i współczesnym popem. Grają coraz częściej, stają coraz bardziej popularni. Grają długie improwizowane koncerty w gronie znajomych. Wraz z regularnością pojawiają się obowiązki, parcie, sztywna atmosfera, teatr. Pojawia się wydawca. Nagrywają płytę. Nie jest to łatwe dla nieprofesjonalnych muzyków, z zupełnie innymi ambicjami niż tworzenie łatwostrawnych papek dla mas. Zmuszają się zawierając w krążku tak dużo psychodelii, improwizacji i poezji ile się dało w tych warunkach. Mimo to Barrett czuje dyskomfort bo się sprzedaje, bo idzie na kompromisy, bo tkwi w grupie, w której nie podoba mu sie dynamika relacji, bo musi się zmuszać do publicznych występów i grania tak jak mu każą. Na trasach koncertowych konfrontuje się z agresywnymi prymitywami, którzy nie rozumieją jego awangardowych i wolnościowych ambicji, modsami, którzy rzucają w nich kuflami piwa i tym podobnymi ekscesami. Chciał być wolny i robić to, na co miał ochotę a dookoła wszyscy zaczęli mówić mu co ma robić. Staje się pasywno agresywny bo w końcu bycie otwarcie agresywnym byłoby sprzeczne z jego ideałami. Po prostu robi to, co chce i jak chce, co zawiera w sobie elementy performatywne. Na niektórych koncertach jako formalny lider zespołu nie śpiewa i nie dotyka nawet gitary. Koledzy chcą wojskowego porządku bo koncertowanie w miejscach publicznych i w tv, udzielanie wywiadów to ich praca i źródło dochodu. Barrett nie chciał pracy i tego rodzaju zobowiązań. Chciał być wolny, walczył z wszelkimi obowiązkami a tu staje naprzeciw ludzi, którzy niewiele rozumieją i czegoś od niego oczekują. Robił sztukę dla siebie nie dla tych wszystkich ludzi, którzy go teraz tresowali. Koledzy stają się otwarcie agresywni i zaczyna to przypominać klasyczną strukturę i hierarchię społeczną, z którą anarchizujący Barrett za wszelką cenę chciał zerwać. Przecież chodziło o miłość i pokój a nie jakieś szympansie zawody. Jak daleko wylądował od swojej idealnej wizji, w której siedzi w pracowni i maluje obrazy kiedy nikt mu nie zawraca gitary... Wszyscy myślą, że zwariował, że zaprzepaszcza coś na czym mu zależało... Ale Barrett właśnie w tym momencie stracił to, o co walczył. Nie było niezależności, spontaniczności, samosterowności. Został wkomponowany w sytuację, która była czystą kalką tego, z czym walczył. Brak snu, alkohol, papierosy, jointy i kwasy dołożyły swoje do stresu, który prowokowały sytuacje w kapeli i dookoła niej. Nie dość tego, to on był głównym kompozytorem ale sztab ludzi zaczynał robić z jego sztuką rzeczy, których sam nigdy nie planował. W takiej sytuacji najbardziej radykalnym wyrazem osobistej wolności jest rezygnacja z relacji, które mu nie odpowiadają, najbardziej konsekwentnym wyrazem jego ideałów jest odpuszczenie sobie całego tego kiczowatego splendoru gdzie jego poezja i głębokie osobiste objawienia stają się produktem. Odchodzi od pretensjonalnych i sztucznych ludzi, którzy walczą o pozycje w grupie, złośliwie i zacięcie, na czym jemu zupełnie nigdy nie zależało. Jest rozczarowany swoimi kolegami, swoimi dziewczynami, które uwielbiają ten jego sukces a nie jego samego, nie tą wolność i sztukę, które były dla niego najważniejsze. Wycofuje się i nawet nie potrafi wyjaśnić tym ludziom dookoła niego, co właśnie stracili, że ta “dojrzałość”, to robienie biznesów, to pułapka, która wmontowuje ich w porządek, który chcieli zmienić, że zaczęli zachowywać się jak ludzie, z którymi walczyli... Jego poezja, wizje i ideały stają się drugoplanowe. Liczy się kasa. Liczy się jakiś smutny konkurs i wyścig. Także dla mnie Barrett okazał się bardziej dojrzały od swoich kolegów bo zrozumiał, że robi coś wbrew sobie i rezygnując z tego po prostu kultywował swoją wolność w najbardziej naturalny sposób... Potem była próba solowej kariery ale przekonał się, że nie czuje się muzykiem i że nie ma łatwości dogadywania się z ludźmi, lub Ci ludzie go ciągle rozczarowywali, więc odchodzi i szuka czegoś innego. Ma kasę z tantiem więc może wieść spokojne życie nie zawracając sobie niczym specjalnie głowy. Jego kobiety nie rozumieją jego wolności, wyborów, introwertyzmu, rezygnacji z życia publicznego, więc się do niego nie ustawiają w kolejce, mimo jego atrakcyjności. Dużo lęku, stresu i osamotnienia. Mało pozytywów. Potem jest już sam z wyboru i wiedzie dość szczęśliwe życie, jednak z pewnością z ciążącą mu świadomością tego, że ludzie traktują go jak wariata i przegranego. Nie był przegrany bo nie grał w żadne głupie społeczne gry. Po prostu zawsze robił dokładnie to, co chciał i niczego nie udawał. Tak to widzę. Szkoda, że za jego życia nie została zorganizowana wystawa jego prac i że tyle musiało spłonąć w jego ogrodzie tylko dlatego, że nie spodziewał się jak wielką mogą mieć wartość dla innych. Szkoda też, że nie zdecydował się opowiedzieć tej historii z własnej perspektywy skazując wszystkich na domysły i opinie, zazwyczaj krzywdzące, takie, które nie oddawały sprawiedliwości jego sytuacji i ujmujące jago decyzjom logiki i racjonalności. Łatwo z kogoś zrobić wariata. O wiele łatwiej niż starać się zrozumieć trudne, niekonformistyczne, życiowe decyzje, zawiłe społeczne konteksty. Potem nie daje się tego odkręcić, łatki nie daje się odkleić bo ludzie uwielbiają mity i stereotypy. Także nie bardzo rozumiem po co robić, nieco żenującą dziecinną pouczankę o narkotykach i szaleństwie skoro z łatwością można znaleźć wyjaśnienia, które do takich skrajności się nie odwołują... Książka super ciekawa ze względu na kontekst i oryginalność Barretta ale dla mnie za mało było w tym samych faktów i jego osobistych wypowiedzi a za dużo legendy i mitu. Outsiderzy zawsze są dla mnie zwycięzcami bo nie dają zniewolić swojego myślenia oczekiwaniami innych.
8.4.19


“Nowa perspektywa. Pochodzenie życia, świadomości i wszechświata.” - Sean Carroll

Fanem Seana Carrolla jestem już od dłuższego czasu za sprawą jego podcastu o nazwie: "Sean Carroll's Mindscape: Science, Society, Philosophy, Culture, Arts, and Ideas”, którego chętnie słucham spacerując. Carroll ma tę cenną i rzadką zdolność mówienia w lekki, entuzjastyczny i zaraźliwy sposób o sprawach najbardziej fundamentalnych. Podobnie w “Nowej Perspektywie” w bardzo jasny i przejrzysty sposób przedstawia on naturalistyczny model rzeczywistości a swoją postawę nazywa “naturalizmem poetyckim”. “Poetycką” określa Carroll możliwość opisywania np zjawisk z zakresu psychologii ludzkiej za pomocą potocznej terminologii dopuszczającej do użycia takie pojęcia jak “świadomość”, “pragnienia”, “chęci” czy “intencje”... Jego perspektywa pozostaje jednak naturalistyczna ponieważ postrzega on te złożone stany materii jako emergentnie wyłaniające się z fundamentalnych praw fizyki, które, w jego mniemaniu, poznaliśmy wystarczająco dobrze, aby opisywać również stany mentalne... Jest to postawa mi bliska aczkolwiek muszę przyznać, że przymiotnik “poetycki” postrzegam jedynie jako estetyczny dodatek, ponieważ jego poglądy nie wydają się daleko odbiegać od jakkolwiek definiowanego naturalizmu... Wydaje mi się, że nie ma konieczności podkreślania faktu, że ze względów praktycznych, akceptuje się różne języki i poziomy opisu, kiedy na wstępie deklarujemy, że jesteśmy zwolennikami jednolitego, niesprzecznego, formalnego opisu rzeczywistości. Zabieg ten może uzasadnić pewnie głównie chęć podkreślenia tego, że Carroll nie odmawia realności tym procesom, które mają bardziej złożone przyczyny, a które zwykle opisujemy nie uwzględniając, z czystej wygody, wszystkich ich fizycznych aspektów. Ale, czytając, cały czas zastanawiałem się czy nie prościej tylko napisać, że bardziej ogólne kategorie są niekiedy bardziej praktyczne, kiedy mówimy o świecie? Ciągle też zastanawiałem się dlaczego określa swoją postawę “nową perspektywą” skoro trudno odnaleźć w tej książce jakieś bardzo radykalne stwierdzenia, które w jakiś zasadniczy sposób odcinałyby tę perspektywę od tego, co zwykle prezentuje się w popularnonaukowej literaturze. Widzę to raczej nie jako “zaoranie” i zmianę jakiegoś paradygmatu a jedynie jako zdanie relacji ze stanu współczesnej nauki... Rozumiem jednak, że tego rodzaju zabawy z pojęciami mogą być marketingowo motywowane. Dzięki temu nie mamy wątpliwości, że to propozycja serwowana, nie przez kogo innego, lecz przez tego Seana Carrolla i ma ona specyficzną nazwę i powinieneś ją drogi czytelniku poznać ponieważ jest nowa, świeżo wydrukowana, kup ją teraz... Produkt musi być łatwo odróżnić od innych produktów, tożsamość marki na pierwszym miejscu. Być może nie uwzględniam w tej opinii jakichś oryginalnych aspektów jego poglądów, które dla specjalistów są bardziej oczywiste, a które rzeczywiście każą jego poglądy nazywać nowymi... Niezależnie od tego, co motywowało Carrolla do tych zabiegów, które mają dla mnie jedynie estetyczną wartość, uważam, że to świetna pozycja i warto po nią sięgnąć... Refleksje o związkach entropii ze złożonością uważam za niezwykle cenne. Prawdopodobny opis tego jak powstało życie, na tyle na ile może to oceniać laik taki jak ja, wydaje się nie serwować jakichś dramatycznych logicznych luk... Oczywiście najbardziej zainteresowany byłem rozdziałami na temat tego czym jest i jak funkcjonuje świadomość. Znajdziemy w książce komentarze do wszystkich najbardziej znanych eksperymentów myślowych filozofów zajmujących się problematyką umysłu - m.in. Davida Chalmersa, Franka Jacksona, Thomasa Nagel’a, Johna Searle’a, Turinga czy krytykę pomysłów łączących obliczeniowść mózgu z fizyką kwantową... Bardzo ucieszyłem się, że Carroll formułuje podobne do moich zastrzeżenia do eksperymentów myślowych typu ZOMBIE. W jaki sposób ludzie są w stanie dopuścić logiczną możliwość tego, że świat, który pod każdym względem jest identyczny do naszego miałby mieć inne właściwości niż te, które ma? Dla mnie i Carrolla nie jest to raczej logiczna możliwość. Czy chodzi o świadomość czy grawitację nie mogę pozbyć się intuicji, że określone prawa fizyki dadzą zawsze te same konsekwencje. Ale to nie opisy eksperymentów myślowych są w rozważaniach o umyśle najciekawsze. Najciekawsze są wszelkie teoretyczne modele, które mogłyby umożliwić stworzenie samoświadomego systemu i takie też Carroll proponuje opowiadając w jaki sposób w toku ewolucji mógł wykształcić się odpowiednio złożony mózg. Choć wnioski Carrolla wydawać się mogą nieprzewrotne dla konsumenta sporej ilości np. literatury neurokognitywistycznej, wydają się na tyle zdroworozsądkowe, racjonalne i przystępnie opisane, że warto polecać tę książkę każdemu kto szuka skondensowanego, całościowego i spójnego opisu tego czego właśnie wspólnie doświadczamy. Czytając, zastanawiałem się też cały czas czy warto dyskutować z poglądami, które nie mają naukowego charakteru. Bez wyjaśnień dlaczego religijne pomysły nie są najlepsze czy dlaczego poglądy, które w filozofii dawno umarły nie są warte uwagi, książka ta byłaby znacznie krótsza i bardziej dla mnie łatwostrawna ale rozumiem, że w dobie ciągle popularnego kreacjonizmu, w czasie kiedy pseudoautorytety religijne rządzą wielkimi rzeszami ludzi i kiedy ruch antyszczepionkowy dalej sieje spustoszenie może należy każdego uczestnika dyskusji traktować z jednakową powagą licząc na to, że chociaż część z nich lub chociaż następne pokolenia nie będą złych pomysłów tak łatwo uznawać za prawdziwe... Ale to jest ten dylemat na ile książka popularnonaukowa może mieć akademicki charakter i tu zawsze będą wątpliwości, bo kiedy stałaby się zbyt specjalistyczna możliwe, że straciłaby dydaktyczną wartość i stałaby się zwyczajnie niesprzedawalną... Z pewnością gesty takie jak ten, że Carroll odrzucił zaproszenie do udzielenia wykładu w Fundacji Templetona, ponieważ nie chciał przyczyniać się do zacierania podziału pomiędzy nauką a religią i jego publiczne deklarowanie ateizmu świadczą o tym, że nie bagatelizuje on ich znaczenia... Także, Drogi Czytelniku, jeśli lubisz filozoficzne dociekania na temat WSZYSTKIEGO, nieskażone ignorancją dotyczącą nauki i kiedy lubisz jak subiektywna soczewka, przez którą patrzy autor nie jest ufafluniona jakimiś niepoważnymi pomysłami, poczytaj Carrolla.
5.2.19


“Rewolucja paranoiczno-krytyczna” - Salvador Dali

Zbiór różnorodnych, krótkich tekstów Salvadora Dali z lat 1927-33, który wpadł mi w ręce, w księgarni w Wawie na ul.Koszykowej za 9,50zł(!) to zdecydowanie dobrze wydane pieniądze. 9,50zł za rewolucję, która nigdy tak naprawdę nie nastąpiła na masową skalę. Gdyby rzeczywiście miała miejsce, nikt nie podniecałby się specjalnie człowiekiem wolnym, który mówił i robił rzeczy, które myślał... a jednak, ciągle(!), mało kto jest tak popularny jak Dali, a i reszta odważnych, opowiadających o swojej wyobraźni z łatwością przykuwa uwagę. Kolejnym śladem tego, że rewolucja była niewypałem, jest to, że dalej z łatwością znaleźć można takich, którzy nie rozumieją różnicy pomiędzy przedstawieniami, koncepcjami, myślami, wyobrażeniami, tekstem czy obrazem a rzeczywistymi intencjami, czynami, aktywnymi działaniami na rzecz realizacji takowych. Gdyby współczesny artysta pisał z taką swobodą jak Dali o strzelaniu do publiczności czy o pedofilskich fantazjach mógłby liczyć na dokładnie taki sam szok jak sto lat temu. Rewolucja nie nastąpiła bo dalej ludzi wolnych i obdarzonych wyobraźnią wielu skłonnych jest zamykać w szpitalach psychiatrycznych wbrew ich woli, obdarowywać ich wymyślnymi etykietami typu maniak czy schizofrenik, zamiast dawać im możliwości swobodnego obrazowania swoich wyobrażeń. Czyta się to trudno, jak trudno analizuje się życiorysy ludzi obcych, ich senne mary czy wady rozumowania ale Dali właśnie o tyle odnosi sukces i o tyle jego metodologia się sprawdza o ile jest nieprzystępny. W końcu każde prawdziwe kreatywne działanie odbywa się wbrew regułom i tym samym jest na swój sposób bolesne, ponieważ, chcąc nie chcąc, myślimy według reguł, postępując według konwencjonalnych wzorców rozumowania, korzystając ze wspólnych słowników i o tyle realizuje się czyjaś wolność o ile jednostka wyłamuje się ze znanego nam szeregu algorytmicznych kroków, kiedy np zdaje relacje ze swoich umysłowych stanów. Najbardziej uwierające w tych tekstach jest to ciągłe uczucie pozy, maniery, napinania się i silenia na szok i nowość i właśnie o tyle ta wolność wydaje się nienaturalna, że zdaje się realizować jedynie w aktorskiej roli, bardzo pokracznej i niewygodnej. Prowokacja i brak logiki stają się regułą, chwytem marketingowym, już nie czymś co jest spontanicznym żartem wśród znajomych ale programowym działaniem. Po kilku tekstach, można jednak przyzwyczaić się do tej specyficznej rytmiki Dalego, jego idiolektu i można odkryć niezwykły dystans i poczucie humoru w opisywanych wizjach, automatycznie notowanych strumieniach świadomości, które są niemal dokładnie tym samym, czym jest prężenie bicepsów przez kulturystę lub tym czym jest serwowanie gagów przez komika. Często trudno wyłuskać z tego szeregu opisywanych form znaczenia i bez akompaniamentu jego obrazów trudno byłoby czerpać z tych opisów estetyczną przyjemność. Same rzucone hurtem rzeczowniki nie ułatwiają czytelnikowi procesu rekonstrukcji jego wyobrażeń a hasłowe traktowanie problemów estetycznych czy politycznych nie przybliżają nam całokształtu jego poglądów. Cały ten wirtualny świat nabiera dopiero wartości kiedy się człowiek zastanowi dlaczego ktoś może pisać w taki sposób czy myśleć nawet. Dla mnie cała ta komediowo zabawowa rewolucja paranoiczno-krytyczna, to schizofreniczne oświecenie, które wydarzyło się w umyśle Dalego i kilku jego znajomych surrealistów jest prostą manifestacją egzystencjalną - żyjemy w okrutnym świecie, który nie wychodzi naprzeciw naszych oczekiwań - dlatego zrobimy wszystko by się dobrze zabawić i zrealizujemy sobie nasze najbardziej absurdalne wizje wbrew wszystkim i wszystkiemu. Kontekst historyczny świetnie ilustruje od czego można było wtedy uciekać myślami. Takie obsesyjnie tworzone wirtualne światy, takie taplanie się w reprezentacjach umysłowych, wciągają z łatwością jak opioidy, bo jak wiemy, o czym informują nas współcześni neuronaukowcy i psychologowie, dla mózgu obdarzonego wyobraźnią różnica pomiędzy wyobrażnią a rzeczywistością  jest niewielka i może się ona okazać środkiem idealnie łagodzącym ból, choć oczywiście nie sprowadzałbym całej sztuki do tej jedynej dość trywialnej funkcji. Trzeba powiedzieć, że wyobraźnia ma charakter konstrukcyjny i jest to praktyka umysłowa, przypominająca mi te medytacyjne i to, co zrobił Dali prócz tego, że rozbudował swoje możliwości percepcyjne to rozbudował też zdolności percepcyjne swoich widzów i czytelników. Mistrzowsko, odrzucił wdrukowane społeczne lęki, oddał się praktyce budowania reprezentacji umysłowych i tym samym wykonał ciężką pracę rzeźbienia reprezentacji umysłowych wielu innych ludzi, wzbogacając ich i wyzwalając z utartych kolein rozumowania. Jego niezwykle kreatywne amalgamaty kognitywne (jak np te łączące słonie z żyrafami czy zegary z płynnością), przez swą popularność stały się w powszechnej świadomości niezwykle mało oryginalne, wręcz banalne (!) a sam surrealizm stał się kolejną tanią sztuczką kognitywną. Dalej jednak utrzymuję, że rewolucja nie nastąpiła na powszechną skalę z tego powodu, że dalej nikt nie ocenia właściwie wyłamywania się z normy. Wczorajsze szaleństwo stało się normą ale tylko dlatego, że zostało, jak to zwykle ma miejsce w kulturze, zrytualizowane, modne i wszyscy już chętnie myślą w taki sposób ale nikt nie pogodził się z prawdziwym szaleństwem, które rzeczywiście pozwala skonstruować coś nowego. Te koany surrealistyczne już nic nie uświadamiają, nie zaburzają porządku, nie spychają nas na nowe tory myślenia, są świadomie wywoływanymi tornadami w chaotycznej kognitywnej zupie, są paciorkami mówionymi na dobranoc przez grzeczne dzieci, które znowu będą z płaczem biec do mamusi kiedy ktoś im w jakiś przewrotny sposób uświadomi, że bóg nie istnieje. Miało być rewolucyjnie i bez lęku w sztuce ale kultura ciągle nieśmiało na lęku bazuje. Także niestety ta wspaniała rewolucja odbywa się tylko w niektórych umysłach... albo nawet może i w każdym umyśle ale kultura, polityka i religia ciągle budują nam dla tego tamy, które cały czas, prawdopodobnie głównie z lęku przed odrzuceniem społecznym, inkorporujemy we własnych, indywidualnych psychikach. Także polecam poczytać Dalego m.in. po to by uświadomić sobie, że pod pewnymi względami niewiele się zmienia. Niech żyje rewolucja!
11.12.18




“Innowatorzy” - Walter Isaacson

Historia komputerów i tego jak to się stało, że teraz większość z nas ma stosunkowo prosty dostęp do komputera i sieci oplatającej cały świat, dzięki której możemy korzystać z dowolnego rodzaju informacji. Bezdyskusyjnie stworzenie teoretycznych podstaw dla komputerów, stworzenie tranzystorów a potem ciągła ich miniaturyzacja to jedne z najważniejszych technologicznych osiągnięć ludzkości. Podobnie stworzenie infrastruktury dla internetu i całe inżynieryjne jego zaplecze, za którym stoją całe tabuny naukowców, różnej maści inżynierów i wynalazców, to coś wspaniałego. Tania obliczeniowość i komunikacja przyśpieszają postęp nauki i przyczyniają się do innowacyjności. Tempo zmian oszałamia, cieszy i uświadamia, że mamy do czynienia z ciągle postępującą i przyśpieszającą informatyczną rewolucją. Isaacson podjął próbę opisania najważniejszych wynalazków związanych z komputerami opisując dość szczegółowo okoliczności w jakich doszło do najważniejszych przełomów i odkryć. Ponieważ autor broni tezy, że to wielkie zespoły ludzkie, współprca i intensywna komunikacja przyczyniają się do kreatywności, zapoznamy się dzięki tej książce z całą siecią połączeń personalnych pomiędzy wynalazcami i z całym społecznym kontekstem, z którego wykiełkowały najważniejsze idee i pomysły. To różnorodność przyczynia się do postępu, to tygiel w którym, mieszają się i konkurują ze sobą teorie i rozwiązania problemów przyczynia się do przesuwania granicy tego, co jest fizycznie możliwe. Nie mam wątpliwości, że tak jest, jednak jako skrajny indywidualista schizoid z cechami autystycznymi, fan samotnych geniuszy takich jak Newton i zazwyczaj pracujących samotnie artystów, który w swojej historii próbował nawiązać współpracę z innymi kreatywnymi ludźmi, mam opory, żeby przyznać, że dobrze jest poświęcać indywidualizm na rzecz grupy. Isaacson oczywiście doskonale zdaje sobie sprawę z problemów jakie wiążą się z życiem społecznym i nie ucieka od opisów konfliktów, zazdrości, podkradania pomysłów, ignorowania zasłużonych i hierarchicznych walk o pieniądze i uznanie. Choć w ostatecznym rozrachunku dla przeciętnego człowieka ma to niewielkie znaczenie, bo liczy się efekt, ostateczny produkt, lek, wynalazek, myślę, że Isaacson nie oddał sprawiedliwości psychologicznej złożoności okoliczności, w których dokonywane są odkrycia. Jestem przekonany, że osoby nieśmiałe, lękowe, introwertyczne, z mentalnymi i życiowymi problemami wiele tracą na pracy w grupie bo ich potencjał rozwinąć się może dopiero w izolacji, bez stresu związanego z przebywaniem, w przytłaczającym ich otoczeniu innych ludzi. Z drugiej strony jestem pewien, że osoby charyzmatyczne, ekstrawertyczne zyskują na pracy w grupie, niejednokrotnie wchłaniając i przypisując sobie autorstwo pomysłów bo potrafią skupić na sobie więcej uwagi, mogą z łatwością skoncentrować się w obecności innych ludzi bo nie ponoszą emocjonalnych kosztów przebywania z innymi. Zilustrować mogłaby to wizja Googla, który wykupuje inną małą firmę czy Johna von Newmana, który prezentuje owoc pracy całego zespołu pod swoim nazwiskiem bo w końcu idee do nikogo nie należą... Po prostu ludzie są różni i kreatywny potencjał mogą wyzwolić różne środowiskowe bodźce, dlatego nie jest mi łatwo, tak bez zastrzeżeń, przyznać, że warto pracować w grupie. Gdyby wszyscy byli tacy sami takie twierdzenie byłoby prawdziwe. Ponieważ ludzie są różni, pracy w grupie nie obroni nawet metafora firmy jako organizmu. Po prostu pojedynczy produkt, który może urodzić ściśle współpracująca ze sobą grupa ludzi, może przynieść zbyt duże emocjonalne i społeczne koszta bo ktoś zostanie okradziony, psychicznie zniszczony czy w jakiś inny sposób wykorzystany. Komunikacja się opłaca, współpraca się opłaca jednak szacunek dla każdego indywiduum jest dopiero gwarantem tego, że osiągnie ono swoje maksimum. Patrząc z perspektywy stada, większego wspólnego dobra czy celu umknąć nam może fakt jak bardzo mogą zostać poturbowani niektórzy. Kiedy tłum biegnie po telewizor na wyprzedaży czy kiedy podczas pożaru biegniemy do wyjścia ewakuacyjnego nie jesteśmy świadomi ofiar, które ponosimy podejmując działanie, depcząc przypadkowe osoby. Głównie właśnie dlatego, że książka ta budzi takie refleksje, które zahaczają o psychologię, socjologię czy filozofię nauki warto po nią sięgnąć. Ja po jej przeczytaniu mam jeszcze bardziej paranoiczne podejście do tematu i myślę, że każda firma czy kreatywna osobowość, czyli my wszyscy, powinniśmy bardzo szczegółowo dokumentować swoje życiorysy i historie intelektualne, na wzór Wielkiego Brata, tak aby nigdy nie było wątpliwość kto jest autorem, źródłem, ważnego rozumowania. Prawo powinno być skonstruowane tak, że taka dokumentacja wystarczyłaby w procesie przyznawania patentów, czy w sytuacji, w której należy określić komu należą się pieniądze i uznanie. Póki co dalej jesteśmy w sytuacji, w której monopoliści i wielkie korporacje, szefowie czy celebryci z łatwością mogą wchłonąć pomysły jakiegoś przypadkowego blogera nic mu w zamian nie dając. Technologicznie, dokumentacja jest coraz prostsza, można prowadzić blogi, vlogi itp (choć dalej problem polega często na braku środków na popularyzację swojej pracy) i taki kapitalizm kognitywny może przybierać coraz bardziej sprawiedliwą formę. Myślę, że to się cały czas dzieje i właśnie dzięki komputerom i nowym technologiom coraz efektywniej możemy korzystać ze współpracy w zgodzie z naszą neuroróżnorodnością, minimalizując emocjonalne i wszelkie inne, jednostkowe koszty.
15.3.18




"Po obu stronach mózgu. Moja przygoda z neuronauką." - Michael S. Gazzaniga

Szalenie ważna pozycja. Zresztą jak każda książka napisana przez Michaela Gazzanigę. Autobiografia Gazzanigi to jednocześnie historia neuronauki poznawczej, jednej z najważniejszych gałęzi współczesnej nauki, bez której nie dysponowalibyśmy tak obszerną wiedzą o ludzkim poznaniu. Gazzaniga przez całe swoje życie zajmował się badaniem pacjentów po komisurotomii, zabiegu, który polega na przecięciu spoideł wielkich (ciała modzelowatego, corpus collosum), grupy komórek łączących dwie półkule mózgu. Roger Sperry dostał nagrodę nobla w 1981 roku właśnie za te badania, które pod jego kierunkiem przeprowadzał Gazzaniga. Czytając o wynikach tych badań myślę, że niejeden amator neuronauk przeżył coś w rodzaju oświecenia. Tego rodzaju rozszczepienie mózgu ma prostą konsekwencję - po zabiegu w jednej czaszce są dwa niezależnie funkcjonujące mózgi i tym samym dwa niezależne umysły. Aż dziw bierze, że implikacje tych badań mają tak niewielki rozgłos a wiedza ta nie stała się powszechna. W końcu mają one głębokie konsekwencje filozoficzne. Tego rodzaju całkowite rozszczepienie jest bardzo mało prawdopodobne w naturalnych okolicznościach, w przypadku lezji i uszkodzeń, których człowiek może doświadczyć w ciągu swojego życia z powodu wylewów, nowotworów czy jako konsekwencję standardowych zabiegów chirurgicznych. Trudno też wywołać sztucznie tego rodzaju funkcjonalne rozszczepienie. Zabiegów tego rodzaju już nie wykonuje się aby zapobiegać rozprzestrzenianiu się ataków padaczkowych, są na to inne skuteczne metody, dlatego Gazzaniga miał niezwykle dużo szczęścia, że mógł badać takich pacjentów i mógł spędzić długie lata uważnie obserwując ich mózgi w akcji w przeróżnych okolicznościach. Badania na innych naczelnych zawsze można w końcu podważyć argumentując, że te wyniki badań nie przekładają się na człowieka. Poza tym w przypadku małp nie ma sposobności tak skutecznego badania subiektywnych stanów umysłu. Wiedza, którą zgromadził Gazzaniga jest bezcenna. Dokumentacja z badań przeprowadzonych z tymi pacjentami i szczegółowy medyczny opis ich przypadków to pewnie jedne z najlepiej opisanych badań w historii współczesnej nauki w ogóle. W samej książce można znaleźć nawet linki do filmów nakręconych podczas tych badań. Prócz tej niezwykle cennej wiedzy o rozszczepionych pacjentach Gazzaniga snuje w tej książce opowieść o swoich zawiłych naukowych losach, licznych przeprowadzkach, zmianach miejsc zatrudnienia i o tym jak w ciągu jego życia rodziła się współczesna neuronauka. Od czasu kiedy Gazzaniga zaczynał swoje najistotniejsze prace badawcze pojawiło się wiele rewolucyjnych technik neuroobrazowania i wiele swoich domysłów mógł on weryfikować dopiero po zastosowaniu tych wspaniałych narzędzi. Książka ta uświadamia jak wygląda nauka od zaplecza, z jak przyziemnymi niekiedy organizacyjnymi problemami musi mierzyć się naukowiec, żeby móc przeprowadzać badania, które zmieniają nasze rozumienie natury ludzkiej. Prócz historii neuronauki, szczegółowych opisów badań w książce tej znajdziemy też niezwykle cenne, bardziej ogólne refleksje na temat natury świadomości, wyższych procesów poznawczych i o tym jak działa mózg wg. Gazzanigi. Autor był również zaangażowany w pracę nad etycznymi konsekwencjami pracy nad komórkami macierzystymi i w związku z tym wyraża on opinie również o tym. Byłem bardzo mile zaskoczony tym, że mimo iż Gazzaniga skłaniał się całe życie w kierunku opcji politycznych, które mnie odstraszają, mamy podobne zdanie na temat stosowania komórek macierzystych czy aborcji. Być może znaczy to, że nauka, fakty, dane, twarde dowody i ich analiza każą podobnie rozumieć czym jest rzeczywistość i co należy z nią zrobić, pozwalając na to aby wszyscy byli zadowoleni niezależnie od estetyczno-politycznych różnic. Czytać - koniecznie.
13.11.17




“Thinking in pictures and other reports from my life with autism” - Temple Grandin

Jestem wielkim fanem Temple Grandin. Jest to obecnie jedna z najsławniejszych osób z autyzmem i trudno się temu dziwić skoro jako jedna z nielicznych osób z taką diagnozą spełnia się zawodowo, pisze książki i elokwentnie opowiada o spektrum zaburzeń autystycznych w wywiadach i podczas wykładów. Czytałem wcześniej jej "Mózg autystyczny" wydany niedawno w Polsce przez wydawnictwo Copernicus Center Press a jeszcze wcześniej widziałem o niej film biograficzny (Hollywood też podziwia) i dowiadywałem się o jej historii z licznych internetowych źródeł. To chyba wystarczy żeby stać się pełnoprawnym członkiem jej fanklubu?;) Grandin jest wyjątkowo wysoko funkcjonującą osobą i dlatego trudno w jakikolwiek sposób, czytając jej teksty dostrzec jakieś deficyty. W ogóle słowo deficyt staje się zupełnie nieadekwatne kiedy dzięki lekturze jej książek zaczynamy rozumieć jak działają mózgi osób autystycznych. To, co społecznie wydaje się brakiem okazuje się być prostą konsekwencją nietypowego działania systemu nerwowego, nadwrażliwości, zaburzeń sensorycznych oraz nietypowych wzorców myślenia będących konsekwencją nietypowego konektomu, architektury mózgu, co wszystko razem jest w dużym stopniu dziedziczne i ma podstawy genetyczne. Sama Grandin twierdzi, że gdyby ktoś zaoferował jej magiczne lekarstwo, sposób dzięki któremu miałby stać się normalna - neurotypowa, nie skorzystałaby z takiej możliwości. To, co subiektywnie jest normą okazuje się bardzo niestandardowe kiedy autystyk konfrontuje się z ludźmi w społecznej interakcji. To właśnie konieczność dostosowania się wyzwala lęki i ataki paniki. Moja fascynacja autyzmem i Temple Grandin ma kilka przyczyn. Po pierwsze autystycy często, prawdopodobnie z powodu rekompensowania sobie braków w werbalnej komunikacji, myślą obrazami, operują bogatymi wizualizacjami a ich mózgi nierzadko reprezentują pojęcia jako sekwencje szczegółowych obrazów, czasami niemal dosłownie wdrukowanych w ich mózgi jak pliki filmowe w płytę dvd, co umożliwia im zapamiętanie gargantuicznej ilości szczegółów - doskonałymi przykładami innych autystyków i sawantów w taki sposób myślących są Daniell Temmet, Stephen Wiltshire, Jason Padgett (sawantyzm nabyty w drodze wypadku) czy nieżyjący już a sławny za życia dzięki swojej niezwykłej pamięci sawant Kim Peek. Otóż ja właśnie tak myślę, choć pewnie bez sawanckiej skrajności i podejrzewam, że jest to naturalny sposób myślenia dla wielu artystów plastyków czy ludzi pracujących z obrazem. Łączy mnie również z Grandin to, że podobnie jak ona mam stygmatyzującą etykietę psychiatryczną i muszę konfrontować się z konsekwencjami jej posiadania. Podobnie jak ona nigdy nie zamieniłbym swojego mózgu na normalniejszy choćby zmiana ta mogłaby nastąpić bezboleśnie i prosto. Jestem dumnym i nie cierpiącym z powodu swojego sposobu myślenia schizofrenikiem. W przypadku diagnoz psychiatrycznych o wiele trudniej o rzetelność, ewentualne zaburzenia myślenia są mniej oczywiste, nie ma też markerów biologicznych pozwalających ze 100% pewnością stwierdzenie choroby bo nikt nie zna prawdziwych przyczyn tych chorób, nie ma jednoznacznych znaków choroby dostrzegalnych na skanach mózgu i w ogóle niepodważalnych dowodów jej posiadania. Nawet genetyka nie przychodzi z ratunkiem. Ilości genów, które miałyby być odpowiedzialne za tego rodzaju przypadłości, są podejrzanie duże. Wracając do Temple i jej umysłu wymykającego się sztywnym kategoryzacjom łączy nas również silny, będący pewnie konsekwencją społecznego niedopasowania lęk. Do tego wszystkiego Grandin zafascynowana jest nauką jako taką i bardziej od szerokiego wachlarza emocji, interesują ją obiektywne prawdy, dochodzenie na drodze eksperymentów i wnioskowań jaka jest struktura rzeczywistości i zjawisk. Kilka razy robiłem sobie test na obecność cech autystycznych (Autism Spectrum Quiotent - AQ) i za każdym razem mój wynik był bardzo wysoki, podobno 80% autystyków udziela takich samych odpowiedzi jak ja. Nie znaczy to, że myślę, że jestem autystykiem i nikt nigdy mi tego nie sugerował. Wskazuję tylko na kolejny punkt styczności i podobieństwo w myśleniu, który każe mi ją bardzo lubić i niejednokrotnie się z nią utożsamiać. Sama książka jest, już nieco przeterminowana jeśli chodzi o aktualność zawartych w niej informacji. Więcej o samym autyzmie przeczytamy w "Mózgu autystycznym". Sięgając po tę książkę spodziewałem się też, że dowiem się nieco więcej o wyobraźni przestrzennej i myśleniu obrazami, że znajdę więcej klinicznych, neurologicznych opisów tego zjawiska. Więcej dowiedziałem się o tych sprawach czytając np. "Oko umysłu" czy inne ksiażki Olivera Sacksa, który podobnie jak Grandin docenia subiektywne raporty. "Thinking in pictures..." jest bardzo szczegółową relacją z tego jak przebiegają procesy myślowe Grandin i jak wyglądała jej walka o samodzielność. Sama twierdzi, że potrafiłaby stworzyć algorytmy precyzyjnie opisujące jej procesy myślowe tak, że mogłaby zaprogramować komputer aby je imitował. Znajdziemy tu opisy jej symbolicznego słownika i tego jak ona konkretnie reprezentuje sobie poszczególne pojęcia. Jako inżynier Grandin wykorzystuje swoje zdolności projektując ubojnie bydła i innych zwierząt hodowlanych dbając o to by zagwarantować zwierzętom jak najbardziej komfortowe warunki i minimalną ilość cierpienia. Jeden z jej pierwszych rysunków, który wykonała już jako dorosła osoba a który umieściła w tej książce aby zilustrować swój talent zrobił na mnie naprawdę ogromne wrażenie. Jest to techniczny projekt, z nienaganną perspektywą i wielką ilością szczegółów. Podobno sama była swoim nadzwyczajnym talentem zaskoczona. Doskonale to rozumiem bo pamiętam jak jako 12-sto latek sam byłem zaskoczony fotorealistycznie przerysowując twarze ze zdjęć czy rysując dość realistyczne kompozycje z natury nigdy wcześniej nie mając doświadczenia z rysowaniem. Jej bogata wyobraźnia i umiejętność obserwacji umożliwiają jej zobaczenie świata z perspektywy krów, świń czy koni, co umożliwia jej projektowanie architektonicznych rozwiązań minimalizujących lęk tych zwierząt. Jest kwalifikowanym psychologiem zwierzęcym. Wszystkie opisy jej patentów są fascynujące i uświadamiające do jakiego stopnia ci normalnie i zdawałoby się o wiele bardziej niż Grandin empatyczni inżynierowie, nie byli w stanie wyobrazić sobie, co może czuć, czy nawet myśleć krowa w ubojni. Dzięki jej rozwiązaniom proces uboju jest humanitarny a zwierzęta są spokojne i niezestresowane nawet kiedy od zgonu dzieli je kilka chwil. Ta książka w wielu momentach uświadamia, że nawet tak proste wydawałoby się zagadnienie jak architektura ubojni bydła jest pełne filozoficznych, psychologicznych, etycznych czy nawet społecznych problemów. Jest to jednak przede wszystkim bardzo osobista książka o samotnym życiu bardzo wyjątkowej osoby i ten symptomatyczny egotyzm Grandin wydaje się w jej przypadku całkowicie uzasadniony. Podobnie jak w przypadku innych naznaczonych i odrzuconych społecznie "dziwaków" noszących egzotyczne etykiety to opisywanie swoich stanów emocjonalnych i innych stanów umysłu w tak wielkiej rozdzielczości, tak szczegółowo jest nie tylko próbą zakonserwowania swojego "memetycznego" dziedzictwa, swojego intelektualnego genotypu, sposobu myślenia ale też dowodem na to, że różnice nie są tak głębokie, że jakakolwiek forma wykluczenia czy napiętnowania są zupełnie nieuzasadnione i podobnie jak w przypadku wielu autobiografii schizofreników, z którymi miałem do czynienia, myślę, że jest to rodzaj udowadniania, że jest się człowiekiem, że ma się rozum, że etykieta nie upoważnia nikogo do ignorowania tego, co ma się przed oczami tu i teraz w żywej relacji i interakcji i że nie upoważnia ona do umniejszania czyjegoś znaczenia, pomagania na siłę czy wbrew czyjejś woli. Tego rodzaju autobiografie to walka o podmiotowość. Jestem pewien, że tego rodzaju osoby zawsze muszą zrobić dziesięć razy więcej w swojej dziedzinie i w swoim życiu od osób dopasowanych i neurotypowych, żeby zyskać akceptację i prawo do bycia sobą - czyli coś, co inni mają za darmo, na co nie muszą pracować i o co nie muszą walczyć, przez co mogą rozwijać się i kwitnąć w o wiele spokojniejszych warunkach. My po prostu musimy przełożyć język swoich myśli na język, którego wy nawet nie musieliście się uczyć. Tak przynajmniej można by to zinterpretować sugerując się obecnie funkcjonującymi teoriami jednak osobiście myślę, że te "języki myśli" nie są tak drastycznie odmienne nawet międzygatunkowo. Dzielimy ze sobą zbyt wiele genów by móc przypuszczać, że jesteśmy tak bardzo różni jak sugerują to różne, kulturowe, społeczne czy prościej rzecz ujmując konceptualne podziały. A jeśli w różnice wierzycie i głęboko doceniacie taksonomiczne podziały to ta książka dowodzi, że neuroróżnorodność jest w cenie. Książkę polecam dla analitycznych i empatycznych czytelników z zadatkami na psychologów. 
4.10.17




“Neuropsychologia intencjonalnego działania.
Koncepcje funkcji wykonawczych.” - Krzysztof Jodzio

Doskonała monografia dotycząca funkcji wykonawczych. Prócz wyczerpujących definicji funkcji wykonawczych użytkowanych w neuronaukach i psychologii poznawczej przez specjalistów znajdziemy w tej pracy szczegółowy opis struktur mózgowych oraz funkcjonalnych mechanizmów odpowiedzialnych za ich generowanie. Ponieważ jest to próba opisu najistotniejszych funkcji naszego mózgu nie można spodziewać się jednoznaczności i wielkiej precyzji. Architektura tych procesów jest ciągle nie rozszyfrowana do końca i jest wiele konkurujących ze sobą teorii wyjaśniających jak zachodzą w nas złożone procesy uwagi, kontroli, hamowania, motywacji czy planowania. Autor bardzo szczegółowo i precyzyjnie opisuje każdą teoretyczną propozycję. Ponieważ najlepszym źródłem wiedzy o pracy mózgu są zaburzenia jego pracy, przypadki patologiczne, lezje itp znajdziemy tu również opis możliwych schorzeń, zaburzeń, zespołów, które mogą prowadzić do dysfunkcji działań intencjonalnych. Dla psychologów i klinicystów szczególnie interesujące mogą być rozdziały o diagnozowaniu problemów z funkcjami wykonawczymi oraz opisy prób wdrażania programów rehabilitacyjnych. Autor każdą teorię i metodę diagnostyczną opatruje komentarzem, zarysowuje możliwe wyjaśnienia i kierunki dalszych badań. Gorąco polecam dla specjalistów i niespecjalistów zainteresowanych wyższymi procesami poznawczymi.
30.5.17




“Naczelny algorytm” - Pedro Domingos

“Naczelny algorytm” to świetne wprowadzenie do zagadnienia uczenia maszynowego z dość skrupulatnie opisaną historią zbiorowych wysiłków ekspertów z tej dziedziny. Powinieneś sięgnąć po tę książkę jeśli jesteś ciekawy jakich metod używają np Google, IBM czy DARPA aby sprawić, że ich komputery są w stanie rozumieć - jakie słowo miałeś najprawdopodobniej na myśli wypowiadając je kiedy korzystałeś z wyszukiwarki - czego najprawdopodobniej szukałeś w wyszukiwarce używając tego hasła - które z maili, które bombardują twoją pocztę są spamem, a które nie - jak wygrać w Jeopardy - jakie filmy prawdopodobnie będziesz chciał obejrzeć na Netflix - jak automatycznie kategoryzować informacje... Jednak głównym celem tego wprowadzenia jest zwrócenie uwagi na możliwość stworzenia algorytmu, który imitowałby ludzką inteligencję i umiejętność uczenia się. Uniwersalnego algorytmu uczącego się, który Domingos nazywa “naczelnym” - bo to w końcu my jako ludzie zdolni do nauki dysponujemy nim i to nasze mózgi skrywają jego strukturę (teraz patrzę dopiero, że tłumacz nie popisał się przy tytule - "The master algorithm" nawet prosty przekład - Algorytm mistrzowski - lepiej oddawałby sens). Ambitni kognitywiści, inżynierowie, informatycy i naukowcy ciągle borykają się z opracowywaniem metod, które w końcu umożliwiłyby robotom czy po prostu komputerom uniezależnienie się od nas w procesie uczenia się. Nie zawsze szukanie tych metod opiera się na inżynierii odwrotnej i nie jeden Domingos nie zgadza się z Rayem Kurzweilem, że najlepszą jest metoda rekonstrukcji. Domingos opisuje najpopularniejsze rozwiązania, które obecnie są eksplorowane i eksploatowane niejednokrotnie z imponującymi efektami (Siri, Watson) choć nie skupia się raczej na przedstawianiu konkretnych architektur ale najczęściej stosowanych i najefektywniejszych algorytmów. Aby ułatwić laikom poruszanie się po nieznanym terenie orientacyjnie wyróżnia i szeroko opisuje on metody pięciu szkół mających na celu stworzenie takiego uniwersalnego algorytmu lub po prostu sztucznej inteligencji. Dochodzenia kończy propozycją konkretnych rozwiązań, które łączą w sobie podejścia symboliczne (odwrotna dedukcja), koneksjonistyczne (propagacja wsteczna), ewolucjonistyczne (programowanie genetyczne), uczenie bayesowskie (wnioskowanie bayesowskie) i podejście analogistów (maszyny wektorów nośnych). Algorytm, który proponuje, nazwany Alchemy jest dostępny w open-source na stronie - https://alchemy.cs.washington.edu/. Jest to bardzo dobre źródło informujące o stanie wiedzy w tym zakresie ale z pewnością trzeba się śpieszyć z czytaniem bo to praca z 2015 roku a w dziedzinie maszynowego uczenia się głębokie zmiany zachodzą teraz z dnia na dzień. To, że zmiany następują szybko i nieodwracalnie możemy obserwować jako przeciętni użytkownicy sieci i dlatego mnie osobiście najbardziej bawiły spekulacje dotyczące tego jak udoskonalone algorytmy tego rodzaju będą wykorzystane w przyszłości. Domingos z dystansem podchodzi jednak do idei “osobliwości” zasugerowanej przez Vernona Vinge’a i przewiduje, że krzywa rozwoju maszynowego uczenia nie będzie wykładniczą krzywą a s-kształtną krzywą logistyczną... “Naczelny algorytm”, który teoretycznie jest popularnonaukowy, skierowany do wszystkich - laików i niespecjalistów, ma jednak ostry ekspercki rys i autor zapomina często, że wiele pojęć i zagadnień może być niejasnych i trzeba będzie odwoływać się do innych źródeł, żeby dobrze przyswoić zawartość. Również metafory, których używa Domingos, żeby ułatwić zrozumienie zagadnień czesto niepotrzebnie komplikują omawiane problemy. Ale może czasami to lepiej, jak nie jest prosto? ;) Polecam.
7.3.17




“Milczenie” - Martin Scorsese

Ciekawy film Martina Scorsese opowiadający o losach dwóch XVII-sto wiecznych misjonarzy, którzy udają się do Japonii w celu chrystianizowania ludności. Oglądałem ten film z punktu widzenia ateisty, apostaty uważającego religię za toksyczny wykwit wyobraźni i mimo gorącej wiary, którą deklaruje sam Scorsese, widzę w tym filmie mnóstwo argumentów przeciw jakimkolwiek formom religijności... Sama historia i scenariusz Scorsese na niej oparty są z pewnością świetnym zapalnikiem do dyskusji o religijności w ogóle i wydaje się, że każdy myślący widz znajdzie w tej historii mnóstwo problemów psychologicznych i społecznych budzących wiele pytań, na które będzie chciał sobie po filmie odpowiedzieć. Sekty chrześcijańskie z misjonarzami na czele były wtedy w Japonii prześladowane, władze Japonii dopuszczały bardzo przemyślne psychologiczne i fizyczne tortury aby przekonwertować na apostatów neofitów oraz ich europejskich nauczycieli. Misjonarze stawiani byli przed wyborami typu - zbezcześcisz ten symbol chrześcijaństwa albo ci ludzie będą umierali w bólu i cierpieniu. Myślę, że nie odbiorę czytelnikom, którzy jeszcze filmu nie oglądali, przyjemności z jego oglądania, jeśli zdradzę, że zazwyczaj misjonarze wybierali ból i cierpienie ludzi, których w te tarapaty wmanipulowali. Ba, czasami, jakby pogłębiając paradoksalność swojej sytuacji i swoich wyborów, wybierali własną śmierć w imię obrony symboli, których zbezczeszczenie było prostą formalnością. Okrucieństwo, którego dopuścili się, z mojego punktu widzenia, misjonarze mogłoby być śmiało równane z ludobójczymi praktykami jakiegoś tyrana, dyktatora... Dokonując swoich niepraktycznych wyborów zabili mnóstwo niewinnych ludzi, którzy tak jak oni uwierzyli w bajkę o raju i wszechmocnej istocie, która świat i raj stworzyła. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że to nie ich wina, że w tą bajkę uwierzyli. Oczywiście winni są ci, którzy tą bajkę misjonarzom od najmłodszych lat ich życia sprzedawali, opowiadali o niej ze śmiertelną powagą i wmawiali im, że ta bajka jest warta umierania za nią, czyniąc ich w wieloraki sposób upośledzonymi bo wierzącymi w rzeczy, które w codzienności nigdy nie mają miejsca. To nic, że nikt nigdy nie udowodnił istnienia tej wszechmocnej istoty. To nic, że śladu cudu, miłości, czy litości tej istoty nigdy ani misjonarz ani żaden nawrócony Japończyk nie doświadczył - może w trakcie mentalnej masturbacji ktoś doświadczył chwil spokoju i błogostanu ale żadnej faktycznej, fizycznej interwencji tej domniemanej istoty nigdy nie było. Zero litości, najsubtelniejszej choćby pomocy, odpowiedzi. Ile czasu potrzeba, żeby się zorientować, że to pic na wodę i głupia historia, która w obliczu zagrożenia życia jest nic nie warta? Taka autokrytyczna refleksja z trzeźwą odpowiedzią mogą się niestety nigdy nie pojawić w umysłach wierzących. Można śmiało powiedzieć, że zarówno uwiedzeni złudną ideą Japończycy jak i ich mistrzowie wybrali czyste urojenie, uspokajającą bajkę i kłamstwo zamiast faktycznej, fizycznej, rzeczywistej wolności. Wybrali ideę zamiast tu i teraz, zamiast życia, zamiast spokoju. Więc wystarczy nazwać coś miłością i człowiek nie jest w stanie wyzbyć się tego ze swojego mentalnego systemu nawet jeśli wszystko wskazuje na to, że jest to przeciwieństwo miłości i ma same niepraktyczne konsekwencje. Więc tak - wiara może być niezłomna, tak - wiary można nigdy nie wyperswadować, człowiek jak się uprze zawsze może czarne nazywać białym, tego szaleństwa można nigdy nie wyleczyć - i pytanie, które rodzi się w obliczu masakry, którą to niejednokrotnie w historii powodowało - jakim trzeba być okrutnym człowiekiem, żeby przekonywać, że wiara ta ma wartość? Tak, to jest też film o psychopatii, przemocy psychicznej i nadużywaniu władzy. To też film o wolności myśli - w końcu nikt nie powinien ingerować w nasze wnętrza i w tak bestialski sposób szantażować nikogo by myślał w określony sposób. To film o chęci życia w pięknym urojeniu i pytaniu czy ktoś nam może tą możliwość życia w wymyślonym świecie odbierać. Moim zdaniem każdy może sobie żyć w jakimkolwiek urojeniu sobie chce i samemu sobie za to urojenie umierać jeśli ma ochotę, jeśli już żadna dyskusja nic nie zmienia, ale kiedy zaczyna się wciągać w to szaleństwo innych pojawia się bardzo szkodliwy społeczny proceder mogący mieć konsekwencje zilustrowane przez ten film. Żeby uświadomić czytelnikom, którym może wydawać się, że to historia o przeszłości i niecodziennych, ekstremalnych sytuacjach, których żaden współczesny człowiek nie doświadcza, można podać przykłady podobnych wyborów, których mogą dokonywać współcześni katoliccy liderzy i wyznawcy chrześcijaństwa, których konsekwencje są równie opłakane. Czy katolik powinien używać prezerwatyw chroniących przed chorobami wenerycznymi, hiv czy może jako grzeszny katolik powinien on poddać się woli swojego bezlitosnego boga (to podobno jego wola - tak twierdzą kapłani - skąd to wiedzą? - nikt nie wie) i zwiększyć prawdopodobieństwo przedwczewsnego zgonu swojego i osób z którymi sypia? (oczywiście nie mowa tu o pojedynczej sztuce ale o milionach jeśli nie miliardach wyznawców). Czy katolik powinien używać terapii genetycznych umożliwiających usunięcie z genomu zarodka genów, które niechybnie skazałyby człowieka, który z tego zarodka by się rozwinął na pewną śmierć z powodu np raka - czy może nie powinien ingerować on w dzieło swojego bezlitosnego boga i pozwolić by w przyszłości człowiek ów zszedł przedwcześnie w bólu i cierpieniu, powodując również ból i cierpienie jego bliskich? Czy katolicki lekarz ma się kierować “deklaracją sumienia” i nie dopuszczać do pozaustrojowego zapłodnienia in vitro, której to terapii potrzebuje nieszczęśliwa bezdzietna para - czy ma skazać parę na bezlitosny wyrok swojego domniemanego boga? Czy katolik może korzystać ze zdobyczy genetyki i ulepszać swój genotyp w celu przedłużenia swojego życia i jego jakości, jak również dopuszczać do przedłużenia życia i jakości życia swoich bliskich - czy powinien może jednak skazać siebie i wszystkich swoich współwyznawców na wolę swojego bezlitosnego boga? Czy katoliczka, która zachodzi w ciążę podczas gwałtu mająca urodzić nieprawidłowo rozwijający się płód, który urodzi się bez dużej części mózgu, bez oka i rąk, co niewątpliwie spowoduje cierpienie jej, dziecka, które się narodzi i ludzi z nimi związanych, powinna usuwać taką ciążę - czy ma zgodzić się na wolę milczącego, nie dającego znaku życia, bezlitosnego boga? Czy katolik w ogóle powinien korzystać z nowoczesnej medycyny pozwalającej ratować miliony ludzi, skoro jest to coś, o czym w biblii się nie wspomina i co najwyraźniej jest wbrew woli jego bezlitosnego boga? Czy katolicy mogą demokratycznie zadecydować, że inne mniejszości religijne, świeckie i ateistyczne mają poddawać się okrutnej woli ich urojonego boga? Nie widzę różnicy między takimi wyborami a wyborami przed którymi w filmie Japończycy postawili misjonarzy. Każdy wybór, który może kogoś zabić lub skazać na niepotrzebne cierpienie jest moim zdaniem niepraktyczny i nieetyczny a w wypadku katolików będzie się to równało z podążaniem za naukami swoich bezlitosnych, ignoranckich nauczycieli. To zaskakujące, że mimo iż w książce, której przyznaję, nie czytałem, pojawia się pojęcie - ignorancji - kiedy jeden z przedstawicieli japońskiego rządu określa jednego z misjonarzy mianem ignoranta, który przez cały swój długi pobyt w Japonii nie nauczył się właściwie niczego o jej spuściźnie intelektualnej i filozoficznej, nie pojawia się np słowo buddyzm, zen ani nie ma prawdziwej rzetelnej próby skonfrontowania chrześcijaństwa z tym, co w kontekście japońskim intelektualnie było wówczas naturalne. Jest drobne na te kulturowe różnice wskazanie, kiedy misjonarz zostaje oświecony, że nie ma odpowiednika pojęcia “bóg” w języku japońskim i że pojęcie, które zamiennie było stosowane przez Japończyków zupełnie nie oddaje jego sensu. Wydaje mi się, że jeśli chcielibyśmy zrozumieć porażkę chrześcijaństwa w tej konfrontacji musielibyśmy zrozumieć coś z buddyzmu, którego doktryna, mimo iż z pewnością również była wtedy w Japonii wypaczana przez rytualizację i mechaniczne praktyki, jest w porównaniu subtelną praktyczną filozofią, która nigdy nie stawiała idei ponad praktyczne wybory, których dokonuje się tu i teraz i która z pewnością nigdy nie kultywowała cierpienia ani umierania za cokolwiek. Być może to dlatego chrześcijaństwo jest w tej historii określane przez jednego z Japończyków jako potencjalna “bezpłodna nieatrakcyjna żona” dla Japonii. Po prostu Japończycy mieli swoją wschodnią, bogatą spuściznę intelektualną, która ma do zaoferowania o wiele więcej kiedy przychodzi do takich wyborów etycznych, przed którymi, oczywiście w niebuddyjski i nieetyczny w każdej możliwej filozofii sposób, stawiali misjonarzy Japończycy. Można bawić się w tym kontekście w logiczno-teologiczne, niekończące się debaty czy wybory misjonarzy były faktycznie chrześcijańskie ale niezależnie jaki byłby wynik tego rodzaju logicznej analizy wiadomo, co przyćmiło ich wybory, opóźniło reakcje, co sprawiło, że zachowali się nieracjonalnie, nieludzko. Przyczyną była ich wiara, która w takim kontekście nie reprezentuje żadnej wartości. Jeśli znowuż ktoś argumentowałby, aby mnie onieśmielić, że te etyczne wybory, o których twierdzę, że byłyby racjonalne byłyby właśnie chrześcijańskie, odpowiem, że chrześcijaństwo nie ma monopolu na współczucie i dobro, które z niego płynie, współczucie i empatię, które są najprawdopodobniej uniwersalną, wspólną cechą naczelnych, dezaktywowaną właśnie przez procesy odgórne, kiedy zaczynamy więcej myśleć o ideach aniżeli odczuwać i reagować na to, co mamy przed oczami, automatycznie i instynktownie. Genetycznie wbudowaną mamy wiedzę o tym, co znaczy dobrostan dla nas i dla innych a tym bardziej o tym zapominamy im więcej myślimy o wyuczonych doktrynach, im dłużej analizujemy sytuację przez pryzmat wpojonego systemu wartości, który na tych naturalnych tendencjach estetycznie narósł. Nawet szympansica zajmie się ludzkim, cierpiącym niemowlęciem jeśli dostrzeże, że jest w potrzebie, nawet szympans chce uchronić przed cierpieniem członków swojego stada o czym pisał np Frans de Waal. Oksytocyna, wazopresyna i odrobina wyobraźni czyni zwierzę dobrym. Wielu musiało umrzeć zanim misjonarze zdecydowali się jednak podejmować praktyczne decyzje i długość tego czasu, do momentu podejmowania tego rodzaju decyzji, jest miarą toksyczności tego dogmatycznego, sztywnego systemu etycznego.
Ciągnąc łańcuch refleksji, które rodzi ten film, należałoby też wskazać na ogniwa pojęć takich jak - sztuka, naród, wspólnota i ideologii jako takiej, które religie bardzo przypominają. Czy warto stawiać je ponad życiem swoim i swoich bliskich czy ponad ludźmi, których cierpienie w ekstremalnych sytuacjach możemy ukrócić? Jak bardzo dasz się zmanipulować ludziom rządnym władzy odpowiadając na to pytanie? Jak bardzo dasz się zwieść historiom o światach odległych od tu i teraz w stopniu nieobliczalnie wręcz olbrzymim? Najbardziej podobały mi się w tym filmie sceny kiedy głodni misjonarze najpierw jedli a potem się żegnali znakiem krzyża. Te proste sceny najlepiej oddawały hierarchię potrzeb opisaną m.in. przez Maslova i wskazują na najistotniejsze potrzeby, których wyzbywanie się, całe szczęście, nie jest łatwe. Te potrzeby mogą zanikać kiedy mamy do czynienia z pasożytniczymi ideami, które anorektycznie deformują czy nawet kompletnie przeinaczają priorytety szkodząc swoim żywicielom.
Jest to też film o sztuce manipulacji, zaszczepianiu w ludziach poczucia winy i uzależnianiu od osób, które mają wierzących od tego poczucia winy wyzwolić. Spowiedź, okradająca ludzi z najintymniejszych tajemnic, jest tego rodzaju obrzydliwą manipulacją. Jest to film o władzy, łatwowierności i naiwności. O naszym gatunku. Z ideami trzeba ostrożnie a przed wszystkim z ludźmi, którzy wykorzystują te idee do zdobywania władzy.
Ten tekst to tylko prowokacyjne wskazanie na te problemy, które Scorsese pokazał, problemy, które jeszcze długo będą nękać ludzkie umysły. Obejrzyj. Warto. Pomijając te filozoficzne pawie, których możesz potem dzięki niemu doświadczać - zdjęcia, aktorstwo, dźwięk, cała realizacja - majstersztyk.
27.2.17




“Mózg i serce Magiczny duet” James R. Doty

Wzruszająca autobiograficzna opowieść neurochirurga, dyrektora i założyciela The Center for Compassion and Altruism Research and Education - (http://ccare.stanford.edu/about/people/). Dorastając w ubogiej rodzinie mierzącej się z problemem alkoholizmu Doty nie spodziewał się szczególnie świetlanej przyszłości. Jego los odmieniła jedna życzliwa kobieta, która nauczyła go medytacji. Troskliwa Ruth sprawiła, że czternastoletni Doty doświadczył po raz pierwszy czegoś, czego do tej pory był wyzbyty - równowagi emocjonalnej, bezpieczeństwa, spokoju umysłu. Dzięki jej magicznym technikom zdobywa poczucie własnej wartości, pewność siebie, siłę aby realizować swoje cele. Książka szczególnie dla ludzi podobnie wyzbytych w dzieciństwie odpowiedniej dozy uwagi. Przewodnik po ludzkiej emocjonalności, który jednocześnie jest relacją z bardzo ciekawego życiorysu. To opowieść o zbawiennej mocy mindfulness, uważności ale przede wszystkim o empatii, współczuciu i miłości. Jako lekarz Doty przeplata ją cennymi informacjami o anatomii, mózgu i przede wszystkim o ściśle z nim połączonym sercu. Trudno zmieścić w jednej biografii profesjonalną praktykę lekarską, przemoc rodzinną, wielomilionowe transakcje biznesowe i charytatywne, doświadczenie bycia pacjentem ocierającym się o śmierć, spotkanie z Dalajlamą... Nasze historie mogą się znacznie różnić ale na poziomie pragnień i lęków wszyscy zazwyczaj okazujemy się podobni. Jeśli jesteś pokaleczony, potrzebujesz aby ktoś opatrzył ci rany i sprawił, że zaczną się goić, jeśli nie chcesz w przyszłości nikogo pokaleczyć i samemu chcesz zabezpieczyć się przed pokaleczeniem - sięgnij po tę książkę. Przekaz jest prosty ale w złożonym świecie właśnie o prostotę najtrudniej, dlatego warto często przypominać sobie o tym, co jest najcenniejsze.
5.2.17




"Mit neuronów lustrzanych" Gregory Hickok

Nie ma neuro geeka, który nie wie czym są neurony lustrzane. Ich odkrycie w latach 90-tych przez Giacomo Rizzolattiego i jego zespół, zdawało się zwiastować rychłe wyjaśnienie takich zagadnień jak rozumienie cudzych zachowań, celowości, intencji, kryjących się za ruchami obserwowanych agentów, czy nawet empatii, autyzmu, neuronalnych podstaw imitacji a w końcu jednej z najważniejszych ludzkich zdobyczy ewolucji czyli języka. Ich heurystyczna moc wydawała się olbrzymia. Sprawa się jednak komplikuje kiedy zostaje przedstawiona z perspektywy innych dociekliwych naukowców, którzy starają się oddać obiektywną strukturę procesów zachodzących w mózgu. Książka Hickoka jest doskonałą dokumentacją rzetelnej debaty naukowej i mogłaby służyć jako świetny przykład powolnej zmiany Kuhnowskiego naukowego paradygmatu.
Autor przedstawia najistotniejsze dla dyskusji informacje, które przynoszą kolejne eksperymenty i pokazuje jak trudno je zinterpretować. Szczegółowość i zawiłość dociekań opisana jest jednak przejrzyście i przystępnie. Zapoznamy się z argumentacją każdej ze stron, zobaczymy najważniejsze elementy rusztowania możliwej teorii wyjaśniającej do czego tak naprawdę służą neurony lustrzane.
Najciekawsze wydawały mi się fragmenty dotyczące języka, którym Hickok jest szczególnie zainteresowany. Opis procesu rozumienia, tego jak są reprezentowane znaczenia w mózgu, jak działa "system semantyczny" pokazuje jak złożone jest to fundamentalne dla naszych umysłów zagadnienie i jak marginalną rolę mogą odgrywać w tym procesie neurony lustrzane. W hierarchii procesów odpowiedzialnych za rozumienie neurony lustrzane mogą sytuować się dość nisko i zapewne nie tak wysoko jakby życzyli sobie ich odkrywcy.
Bardzo ciekawe wydaje się również to jak Hickok interpretuje zagadnienie autyzmu. Możliwość, że nie łączy się to z deficytami może być dla wielu zaskakująca.
Jednocześnie jak każdy uczciwy badacz Hickok nie twierdzi, że jego odpowiedzi są ostateczne i w wielu miejscach wskazuje na niejasności i trudność wskazania odpowiedniego rozwiązania.
Cała ta książka pokazuje, że neuronauka to wielki zbiorowy wysiłek i że to wielość badawczych perspektyw i to jak się one ze sobą ścierają odsłania rzeczywistość oraz jak teorie konfrontujące się z eksperymentalnymi danymi mogą wyklarować i wyostrzyć nieco obraz najistotniejszych dla naszego poznania procesów.
Gorąco polecam dla żądnych neuronalno-kognitywnego mięsa Sherlocków!
25.1.17




"Paul McCarthy & Benjamin Weissman. Seanse Robótek ręcznych" – 7.02 – 25.03.09

Wspólne zasiadanie przy stole i wieczorne rozmowy Paula McCarthyego i Benjamina Weissmana przynoszą owoc w postaci rysunków wykonanych techniką mieszaną. "dzięki improwizacji i repetycjom udało się sięgnąć do poziomu podświadomości i wolnej ekspresji" - możemy przeczytać w opisie wystawy Co do podświadomości to nie mam pewności (raczej obstawiałbym przypadek) ale jeśli chodzi o swobodną, celowo prowokacyjną ekspresję to na pewno się powiodło. Wystawa bardzo mi się podoba - rysunki są konwencjonalnie awangardowe, prymitywne w sensie wykonania i treści. Dymanie, ruchanie, pieprzenie, posuwanie, sranie, wszelkie wydalanie, deformacje, wkładanie, rozdziawianie, chuje, pizdy, gówna i na inne tym podobne smakowitości pseudo podświadomości można liczyć oglądając tę wystawę. Wszystko narysowane swobodnie, jakby od niechcenia. Wirtuozeria i manualna sprawność plastyków przejawia się w pojedynczych wypieszczonych fragmentach, prócz wymienionych wyżej obiektów pojawiają się przypadkowe przedmioty, zdeformowani i okaleczeni ludzie, abstrakcyjne motywy, wycinki ze świerszczyków. Całość groteskowa i zabawna - rytm wyznaczają powtarzające się motywy. Trudno byłoby mi odróżnić autora poszczególnych motywów całość jest dość jednolita - choć gdyby bardziej uważnie się przyjżeć z pewnością można powiedzieć "to powiedział Paul a to Benjamin"... Takich seansów sam doświadczyłem z Chojeckim czy Łukasiewiczem pewnie kilka. Obrus u mnie na strychu często znaczony był podobnymi motywami, swobodnie improwizowane, konstruowane obiekty powstawały tam wielokrotnie i jest z to z pewnością naturalna konsekwencją, ferment kiedy przebywa ze sobą co najmniej dwóch osobników, którzy mają jeden zasadniczy cel - stworzyć coś. Dlatego tej wystawie nie przypisywał bym większego znaczenia - ze względu na to, że tym podobne fermenty są naturalną konsekwencją pewnych okoliczności - pracownia, plastycy, flaszka i czas. Podobnie jak miło w takich seansach uczestniczyć - dobrze ogląda się takie wystawy. W końcu produkcje z takich seansów giną jako skutek uboczny i choć wszyscy doceniają bezpretensjonalność, bezkompromisowość, bezmyślność, swobodny strumień świadomości to w końcu zazwyczaj są one marginesem tej codziennej twórczości i rzadko można oglądać je w muzeum. Choć to drobne przesunięcie uwagi na marginesy jest godne uwagi to jednak jest to z pewnością tak samo wyjątkowa twórczość jak wyjątkowy jest układ - pracowania, plastycy, flaszka i czas (odjąć można flaszkę lub czas).
2009-02-13


"Pod ścianą / Up Against the Wall", Zachęta, 7 grudnia 2008 – 25 stycznia 2009

Artyści biorący udział w wystawie: Wojciech Bąkowski, Jan Christensen, Maurycy Gomulicki, Katarzyna Kozyra, Josefine Lyche, The Midget Gallery, Mark Mulroney, Anna Myca, Robin Rohde, Yngvild K. Rolland, Paul Zografakis.
Prace jak na taką przestrzeń, środki i możliwości... dość skromne- ale zostawmy moją czarną żółć i czemu we mnie wzbiera (to mało estetyczne opisy, które jako turpista muszę sobie dawkować - bo nikt nie będzie tego czytał)...
Wszystko fajnie - idea white cube'a aranżowanego, przekształcanego przez artystów jest w dechę - ale kiedy piszą o tej wystawie podkreślają nietypowość prezentacji murali a nie obiektów. Pisze się o tym, że tam nie ma sztuki-produktu - bo w końcu murale znikną i nie pozostanie nic, co można by sprzedać... Sam jestem za interpretacją zjawisk "sztuki" jako procesu myślowego, który po prostu manifestuje się w działaniach, zestawieniach obiektów, obrazach itd - ale kiedy ktoś pisze, że tymczasowość tych obiektów to wyrwanie tej "świętej" sztuki z mechanizmów brudnego, a fe kapitalizmu - to wydaje mi się to myśleniem złudnym. Luksusowym towarem staje się artysta i jego głowa a jego nazwisko staje się marką - kupuje się jego czas, jego pomysły, idee, działania. Wszystko działa tak jak dawniej - tylko mamy usługę a nie produkt. Jeśli ta wystawa w jakikolwiek sposób miałaby być wyrwaniem tego wszystkiego z amalgamatu pojęć - produkt, popyt, podaż, sprzedaż - artyści powinni zostać anonimowi - wtedy liczyłaby się czysta informacja a jakość prac oceniana byłaby nie poprzez pryzmat nazwiska, które słyszy się w kręgach elit... Już nie mówiąc o tym, że sami artyści powinni zadowolić się tylko faktem, że ktokolwiek zobaczy wynik ich rozmyślań... Do takiego absurdu nie namawiam (choć może jest to jakaś koncepcja). Namawiam tylko do - nie tworzenia niepotrzebnych, sztucznych ideologii przy okazji takich wystaw...
To jeszcze dwa słowa o pieniądzach w sztuce na koniec... Każdy myśli - bo ma mózg a idea wyjątkowa ma swoją wartość - ale to nie znaczy, że kiedy kupuję ideę uważam, że człowieka można kupić lub, że ktoś się prostytuuje... Większość z tych artystów z pewnością myśli - nie dla pieniędzy. Ale, żadnemu z nich nie życzę żeby nie był opłacanym artystą....
Sama wystawa - ogólnie dobra - w moim subiektywnym kajeciku - ale kuratorski marketing uważam za kiepski...
2009-01-15


Wystawy Dyplomowe z Wydziału Malarstwa 2008 - Koneser

Złamię pewne tabu i wypowiem się na temat tych prac... Czyli świadome "fo pa"! Zazwyczaj nikt nie mówi na głos co myśli, żeby nie urazić twórcy, który spędza długie godziny na skrupulatnym dokumentowaniu swoich wizji... Ale to, że sobie coś pomyślę na temat tych prac nie powinno być czymś o czym obawiam się mówić/pisać... Mało myślę więc nie dużo słów opisu i wskażę tylko 3 osobniki gatunku ludzkiego, które uwodzą mnie tym jak machają sfrędzlonymi patykami po płótnach. Oceniam tylko na podstawie galerii internetowej!
Jerzy Goliszewski - niepokoi mnie kiedy ktoś maluje obrazy pod którymi sam mógłbym się śmiało podpisać.... Mam wtedy paranoiczne wrażenie, że popełniono plagiat a nie dokonano niczego odkrywczego:) Fajne strukturki maluje - ale znów mam wrażenie, że myszka mogłaby mu zastąpić pędzel - bo wyglądają prawie jak wydruki te płótna i niekiedy przypominają efekt pracy prostych programów graficznych... Niezwykłe, że w tłumie preferującym figuratywne malarstwo zdarzyło się, że namalowano te abstrakcje...
Róża Litwa - znam Różę z liceum (kiedy pierwszy raz usłyszałem jej imię i nazwisko myślałem, że to żart) i tylko mogę powiedzieć, że totalnie zmieniła front - mam wrażenie, że zaczęła tworzyć kompletnie swobodnie bez ograniczania się poprawnością wypowiedzi, gramatyką obrazu warsztatowo dopowiedzianego do ostatniej plameczki. Co na świetne jej wyszło. Turpistycznie przekształca swoje ludziki w dość dramatyczne znaki i jest to na maksa bezpośrednie działanie. Pewnie w dużej mierze przez sentyment - mówię, że bomba!:) Nie, nie przez sentyment i kolosalnie dobre pierwsze wrażenie - to jest naprawdę ciekawe działanie.
Marta Zamarska - Tak jak stronie od figuracji , krówek w polu, portretów mimicznych, łatwo wzruszających tak jej pejzaże są tak namalowane, że piszę - bomba! Kolor i forma po prostu szał - zazdroszczę takiej wrażliwości. Choć James McNeill Whistler i absolwenci Najwyższej Akademii Najpiękniejszych Sztuk namalowali już w historii tysiące takich obrazków - to za lekkość malowania w niebanalnym kolorze i formie tematów, które mi się już do urzygu przejadły - stawiam tej Pani 5 skoro już do akademickiego klimatu zeszliśmy:) ...a poza tym od dłuższego już czasu cierpię na brak tolerancji na cudze obrazy. Nie wszystkich opiszę - bo tylko Tych chcę i kropka.
p.s. Ale wie Pan Panie - ja się nie mądrze...
2008-09-23


CSW - Nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo (fotografia w Wielkiej Brytanii w latach 1967-1987)

Kilka niesamowitych zdjęć - ale o wartości czysto dokumentalnej - jak dla mnie estetycznie więcej rewelacji doświadczam oglądając twarze ludzi w metrze... Polecam wszystkim tym, którzy mają ochotę przenieść się w przeszłość i mają zacięcie do analizowania (jakiegoś historyczno - synchroniczo - kontekstowego - bo tu trzeba mieć na względzie sytuacje ówczesnej wielkiej brytanii)... Jakoś mnie to nie wzruszyło... CSW powinno mieć ciekawsze wystawy... Kiedy wychodziłem z CSW jakaś turystka zapytała mnie czy to muzeum sztuki nowoczesnej i kiedy odpowiedziałem - "tak" - zrobiło mi się smutno, że jedyne, co dziś w tym niesamowitym, polskim muzeum zobaczy to te zdjęcia średnio wciągające (stała ekspozycja zamku była zamknięta)...
2008-12-04


Włodzimierz Pawlak - Zachęta

To ja o tym jak widzę GRUPPĘ. Nie mówię nie, ale to GRUPPOWE umaczanie w polskości i figuracji zawsze mnie męczyło. Rozumiem jakie to były czasy - jasne, że może kwestią honoru było poruszenie pewnych tematów. Byli jednak i tacy jak Zdzisław Beksiński, którzy potrafili odciąć się od kontekstu w swoich pracach i to zawsze bardziej mi imponowało - konstruowanie swojego świata niezależnie od warunków zewnętrznych... Malarstwo GRUPPY kojarzy mi się z malowaniem po wódce, rozmowach przy wódce o Polsce, z Konwickim, Hłaską i z takim klimatem jaki przedstawiają zdjęcia XVparówek - czyli z badziewiem polskim, które powoli odchodzi w niepamięć. Z pewnością nie jestem w tym osamotniony. Nie wiem jednak jak długo można w tym siedzieć - moim zdaniem to upupiające dla wyobraźni malarza żeby te mordy polskie, te butelki non stop malować. Niezależnie od tych prac, które z kontekstem były związane - zawsze lubiłem bezpośredniość wysrywania z siebie komunikatów i to GRUPPA pielęgnowała i dopieszczała. Osobiście widzę w tym też pewne ograniczenie wynikające właśnie z tej bezpośredniości a mianowicie wyrażenie ekspresji odbywa się zapewne zawsze kosztem formalnej konstrukcji. Kiedy krzyczysz nie mówisz pełnego zdania - i właśnie prace GRUPPY widzę jako krzyk ale niekoniecznie coś co mnie formalnie oszałamia....
Oczywiście malarzami są genialnymi - każdy z nich robi to w końcu całe życie? A prac Pawlaka widziałem kilka - pójdę na wystawę to się wypowiem obszerniej - może dostrzegę jakąś uniwersalność w tym i oniemieję, bo nie zobaczę anegdoty i maniery, nauczę się doceniać czysty kolor i sam gest - nad czym muszę jeszcze popracować...
2008-09-27

Pawlak Włodzimierz... Byłem przedwczoraj na tej wielkiej retrospektywnej wystawie i ostatecznie podobało mi się jedynie kilka obrazów tego Pana. Z 1989 - "Proust" , z 1981 - bez tytułu - (8 małych, białych, połączonych płócien powieszonych na ścianie), "Rekwiem" - 1998-99 (biały pasiasty relief) - wraz z wszelkimi" Dziennikami" - obrazami gdzie Pawlak odlicza kolejne dni i tygodnie, co jest jedyną treścią tych obrazów...
Obrazy białe wydają się być jakimś pozytywnym dopełnieniem, ważnym konceptualnym akcentem w jego twórczości - to nieprzedstawianie niczego, to liczenie dni, to dokumentowanie pustki - były dla mnie jedynymi godnymi uwagi obrazami. Potrafię pochylić się nad każdym rysunkiem i nad każdym z tych obrazów można by debatować, co w nich fajnego lub badziewnego - ale przyjmując taktykę nie rozdrabniania się - napiszę tylko, że wczesne prace Pawlaka w ogóle do mnie nie trafiają jeśli chodzi o formę - wydają mi się niedokończone, zostawione w połowie, "nie dorżnięte", nie - ukształtowane do końca. Sam miałem do nich cały czas podejście takie, że gdyby stały u mnie w pracowni - wiele bym jeszcze do nich domalował - urozmaicił, wzbogacił je tak żebym mógł stać przed nimi o kilka sekund dłużej.... Nie widzę w tym formalnym zaniedbaniu żadnej łechcącej mnie wartości estetycznej - bo to redukowanie elementów na obrazie do minimum, nie zrekompensowało mi braku atrakcji ekspresyjnym fajerwerkiem, który byłby jakimś dźwięcznym choćby krzykiem, a tylko pozostawiło niedosyt i niezrozumienie...
Nie potrafię wzruszyć się fakturą i materią tych obrazów, nie potrafię wzruszyć się również tym, co przedstwione na tych obrazach, kompozycją, rysunkiem w nich zawartym - ale działa na mnie (też niezbyt oryginalne - biorąc historią sztuki XXw w ogóle) malowanie białych obrazów. Może przez inklinacje do zen potencjalność takich pustych obrazów wydaje mi się o wiele większa niż takich byle jakich i niedorżniętych - staję przed białym obrazem i mam projekcję, co by na nim być mogło, podziwiam urok jednolitości, milczenie jest złotem, tą mądrość i dojrzałość, która zawsze wydaje się kryć za takim pustym gestem - to jest taki efekt - wrażenie, że jak czegoś nie zrozumiałem tzn,że jeszcze nie dojrzałem - więc zawieszka - wiszę pod sufitem i wietrzę w tej pustej bieli sens... A potem "Dzienniki" liczenie - świadomość tego czasu, wdech - wydech... To jest czyste przynajmniej - a obrazy niedorżnięte są dla mnie po prostu niezrozumiałe - bez wiszenia pod sufitem. Tak więc pewnie do Pawlaka nie dojrzałem - może kiedyś go zrozumiem.
Ale w ogóle zdecydowanie więcej emocji przyniosła mi wystawa "Rewolucje 1968" i bardzo, bardzo ciekawa wystawa Guya Bena-Nera "Zgodnie z instrukcją" - i to już jest zupełnie inna historia...
2008-10-02


LUC TUYMANS "IDŹ I PATRZ", Zachęta, 31 maja - 17 sierpnia 2008

Poszedłem więc i zobaczyłem i rzeczywiście ciekawie... Pustka jak się patrzy, obrazy jakby zaledwie muśnięte pędzlem. Oceniłbym je raczej od strony formalnej, bo ja nie jestem dobry w zapadanie się w te wielości znaczeń, jakie te obrazy za sobą pociągają... Mierzi mnie historia, martyrologia, o której wszyscy powiedzieli już tak wiele - a tego u Tuymansa dużo...
Niedawno był Sasnal w Zachęcie i tak mi się Ci dwaj nałożyli - podobnie jak 3/4 obecnego światka malarskiego inspirują się fotografią tworząc syntetyczne, malarstwo fotorealistyczne, które swobodnie mogło by ustąpić grafice komputerowej w moim przekonaniu...
Tuymans wypada w tym zestawieniu znacznie lepiej niż Sasnal - przynajmniej jakoś jednoznacznie interpretuje obrazy, które przetwarza i jego obrazy, w odróżnieniu od malarstwa Sasnala, dużo łatwiej odróżnić od całej papki innych , współczesnych, syntetycznie realistycznych w formie obrazów...
Niesamowite w tych obrazach jest to, że Tuymans używa zupełnie minimalnej formy - kładzie farby dokładnie tyle ile trzeba żeby uczynić rozpoznawalnym przedstawiany obiekt... Warsztatowa perfekcja... Pewnie powstają powoli i mozolnie wszystko Luc pieści... Cały czas zastanawiałem się czy używa rzutnika czy może rysuje patrząc na fotki...
Jeśli chodzi o Luca Tuymansa jestem na tak - ale ustosunkowuję się do niego z takim chłodem i dystansem z jakim on wszystko przedstawia...
2008-07-25


Establishment (jako źródło cierpień). CSW Zamek Ujazdowski, 28 czerwca - 31 sierpnia 2008

Gorąco polecam tę wystawę.
Liczę na to, że ta wystawa to zapowiedź tego, że kuratorzy nabierają pokory wobec młodych twórców - niebawem to oni będą musieli zabiegać o naszą uwagę - kiedy namnoży się galerii i instytucji związanych ze sztuką i to oni będą podlegać intensywnej krytyce częściej niż sami plastycy.
Tytuł "Establishment (jako źródło cierpień)" ma sugerować, że dokonuje się jakaś zmiana - że kuratorzy kontestują swoją pozycje. Może rzeczywiście tak się dzieje - takie wystawy napawają optymizmem nawet takich sceptyków jak ja - jednak sądzę, że jeszcze długo czekać, żeby sięgali głębiej w swoich poszukiwaniach - bardzo liczę na to, że nastąpi to możliwie szybko - mam w tym swój interes:) Mam nadzieję, że jedynym i najważniejszym kryterium będzie jakość proponowanych prac a nie ilość wystaw i zasług "politycznych" w jakimś środowisku.
Grząski grunt - więc przedstawię tylko swoje typy:

Olaf Brzeski
Łukasz Banach - Norman Leto

Plastycy biorący udział w wystawie: Wojciech Bąkowski, Olaf Brzeski, Dwaesha, Łukasz Jastrubczak, Szymon Kobylarz, Tomasz Kowalski, Norman Leto, Tomasz Mróz, Radosław Szlaga, Iza Tarasewicz, Mariusz Tarkawian, Truth, Anna i Adam Witkowscy, Zorka Wollny oraz Grzegorz Drozd.
2008-08-02


Koncert Noisegarden RZEŹBICHA 2007:)

Zawsze mam dylemat na waszych koncertach - które dźwięki wydobyte są świadomie a które są wydobyte przypadkiem (zakres tego przypadku jest ograniczony oczywiście - operujecie dźwiękami w jakimś tam zakresie, określonymi instrumentami i efektami)...
To były trzy instrumenty, trzech ludzi z całą swoja instrumentalną, "efektowną" obudowa i wasza świadomością dotyczącą tych instrumentów (całe wasze doświadczenie muzyczne)...
To był amalgamat będący efektem działania tych trzech sposobów podejścia do muzyki (sposób, metoda wykształca się zawsze, nawet w tym waszym poszukiwaniu, bezstylowości - bo każdy indywidualnie ma swój sposób przetwarza informacji, każdy ma wyuczone heurystyki) w jednym miejscu i czasie... Improwizacja totalna...
Jak ocenić improwizacje kiedy akceptowany jest błąd, który jest nieodróżnialny od momentów, które są czystym przypadkiem, szumem? Można oceniać stosunek uporządkowanych elementów do elementów nieuporządkowanych - u was w moim przekonaniu z przewaga tych drugich... Ale w którym momencie powstaje jakakolwiek wypowiedź muzyczna? Rozumiem, ze zrywacie z gramatyka wypowiedzi muzycznej - groźba takiego tworzenia na bieżąco gramatyki - jest brak wypowiedzi... Można powiedzieć, ze to eksperyment w toku... To muzyka, która niczego nie deklaruje i nie wynosi na piedestał żadnej nutki - to słuchacz komponuje z szumów i dźwięków planowanych swoją wypowiedź muzyczną... To on dokonuje wyborów, które nutki były dla niego istotne... Wiec to coś na kształt potencjalności wcielonej...

Mamy warzywa i kilka rodzajów mięs - dziś jestem improwizującym kucharzem (używam tylko warzyw - to założenie wstępne) i zaczynam wrzucać na patelnie posiekane warzywka, według mojego widzimisie -już jakieś doświadczenie w gotowaniu mam więc wiem jak mniej-więcej to może smakować - ale jako, że jestem improwizującym kucharzem co i raz dorzucam cos czego skutków dla moich smakowych kubków nie jestem w stanie przewidzieć... Efektem tego jest potrawa, której smak jest dla mnie przewidywalny tylko w jakimś procencie i czego nie mogę nazwać potrawą - nawet jeśli smakuje to dla wszystkich przystępnie a może nawet doskonale... Bo nie jestem w stanie odtworzyć tego co skomponowałem -- nie byłem świadomy własności zestawień wszystkich składników i ich wyniku... moja zasługa była zasługą eksperymentatora, który jest na tyle odważny, żeby zmiksować warzywka, których nigdy nie smakował w parze... Czy tworzę potrawy? Tworze smaki. Często nieznośne, mdlące, piekące, skrajne, różne. Po pewnym czasie ofkors - wiem coraz więcej... Jednak kucharz jest tym, który mówi- teraz będzie to i to i zrobię to tak i tak. Kucharz podejmuje konkretne decyzje i wie jaki przyniesie to efekt...
Czy potraficie jako muzycy odpowiedzieć na pytanie co jest waszą decyzją a co jest kwestia przypadku i szumu wynikającego z nałożenia się dźwięku trzech gitar? Co jest strukturalnym elementem wypowiedzi...? Albo inaczej co jest ważniejsze? Czy jest tylko bezforemność?
Wiem o co chodzi z tą płynnością - skoro myśli i rzeczywistość są zmienne to ich reprezentacja, aby być w miarę rzetelna, tez musi być procesem:) Tylko, że jeśli chodzi o np. myśli - to zmieniają się tylko relacje między symbolami ale same symbole są stabilne.
Cały problem i bolesność sytuacji dla was jest taki, że wam się w końcu słownik muzyczny wytworzy, urodzi z tego szumu... wyjdą dźwięki które będą rozpoznawalne i pojawia się konwencjonalne między nimi relacje.... będzie białe i czarne, smutne i wesołe itd...
Zajebiście podoba mi się potencjalność tej sytuacji - i tak jak w moim wiecznie niedokończonym opowiadaniu "Skwiercząc do zewnętrza" bohater chce tego żeby symbole zmieniały się na bieżąco i cały czas chce budować coś na nowo, wyczerpując możliwości materiałów, które może przetwarzać - nie powtarzajcie się bo to jedyne co może was do starej muzyki sprowadzić:) Tylko tak jak w przypadku Lewego zastanawiam się czy zmienność nie jest strachem przed decyzja... Trudno mówić o muzyce jak o informacji - bo trudno zweryfikować wartość zdań wypowiedzianych w języku muzyki. Ten eksperyment ma tylko własności estetyczne... Bardzo ciekawe swoją drogą... Sztuki plastyczne zawsze porównywałem do matematyki - bo obydwie są abstrakcyjne i użyteczne mogą być przez przypadek... muzyka ofkors też... Ciekawa jest idea konstrukcji nie opartej na żadnej zasadzie... Ale jak już tak głęboko wchodzę w dwuznaczność pseudofilozoficznego, estetycznego wywodu... to przypomnę jak, któryś z filozofów, którego nazwiska nie pamiętam mówił o modyfikowaniu języka - porównując go do Lodzi... To szalenie trudne zadanie zmienić konstrukcje łodzi, która się jednocześnie płynie... Trudno mówić - nieustannie zmieniając definicje słów, których się używa... Ta wasza muzyka to zajebista GRA, w której dużo zależy od waszej determinacji...:) Mi się podobało więc życze wytrwałości... Wybacz mi Michale mentorskie zabarwienie i napuszenie tej wypowiedzi ale wiesz przecie, ze jestem skromnym facetem i mam do tego wszystkiego odpowiedni dystans... O tym wszystkim za każdym razem można mówić - "ależ to niezupełnie jest tak":) Chciałeś znać moją opinię więc pisze:)
P.S. Koncert był ok - choć jak dla mnie równowaga miedzy porządkiem a kontrolowanym przypadkiem była zachwiana... na niekorzyść porządku ( jasna rzecz!) Dobra na razie to tyle - dziś wyjątkowo siedzę w pracy i nic nie robię! Pozdrowionka:) I jeszcze raz przepraszam za bełkotliwość tej wypowiedzi ale w tej chwili w tym czasie tylko na tyle mnie stać:)
2007-03-13


Za czerwonym horyzontem. 2005


Polskość i rosyjskość – głównie wokół tego orbituje sztuka szeregu twórców zaprezentowanych na tej wystawie. Są to artyści zaangażowani w dialog ze zmienną rzeczywistością, bezwzględnie ją komentujący, wydobywając jej tragizm, często używając środków, które każą śmiać się przez łzy. Tak jest w wypadku działań- Kulika, Ostriecowa, Aleksieja Kallimy, Nataszy Struczkowej czy reprezentantów Polski- grupy Tworzywo, Towarzystwa Przyjaciół Kapitana Europy, Wojciecha Zasadni, Tomasza Kozaka, Roberta Maciejuka, Maurycego Gomulickiego czy nawet Marcina Maciejowskiego.
Śmiech wzbudza infernalny, polski oddział w pracy Kozaka pod tytułem – Polacy jeszcze jeden wysiłek!, - będącą, jak mi się wydaje, trafną krytyką fanatycznego patriotyzmu, który wynika z polskiego kompleksu zniewolonej ojczyzny i powszechnej ksenofobii. Żyd na tym obrazie, malowanym powiedzmy, że w konwencji komiksowej, wrzucający niemowle w ogień jest chyba dość dosadną, przejaskrawioną rzecz jasna, ilustracją stereotypów i schematów myślenia, które, choćbyśmy nie wiem jak tego nie chcieli, w Polsce funkcjonują. I to powód do płaczu. Podobnie przy okazji oglądania Orłów Polskich można sobie płakać rzewnie... Karykatura Polski w najgorszym wydaniu kampu. Zblazowana grupa Tworzywo oczekuje wojny, wyrażając tym samym, za pomocą fresku, który przypomina billboard, nieuświadomiony indyferentyzm czy może dekadentyzm większości młodych naszego pokolenia. A może źle to interpretuje? Może zbyt skrajnie? Może to konotuje coś, czego w tej chwili nie ogarniam? Kapitan Europa też jest zwiewny, lekki i przyjemny. Niewątpliwie jest gwiazdą. W przypadku Gomulickiego „cząstki elementarne transfoermersa” niemal położyły mnie na podłogę, to genialne, groteskowe zestawienie przeszłości (takich opakowań na jaja używało się jakieś 20 lat temu) z teraźniejszością (transformers to przecież produkt zachodni, świadectwo panowania systemu gospodarki wolnorynkowej) rozbraja widza dysonansem. Takie opakowania na jaja pamiętam z dzieciństwa i zupełnie nie kojarzą mi się z fantazyjnymi zabawkami o tysiącu kolorach. Roberta Maciejuka sentymentalne podróże w świat Misia Uszatka, Kiwaczka, Szapokłaczka, pokazują świat zrównany z ziemią, świat dziecka, świat odchodzący zwykle w niepamięć. Dziecięce wspomnienia ukształtowane przez media. I to też bawi, zakrawa na dowcip jak niedbale malowane historyjki Maciejowskiego. I śmieję się z pełną świadomością, że to gra, metonimie głębokie i metafory, że to, co zinterpretuje jako denotat nie musi nim być, bo te obrazy-znaki mogą odnosić się do pojęć, których nie ma w moim słowniku.
Dalej Rosjanie z Kulikiem na czele, eksploatującym złowieszcze znaczenie czerwieni. Kallima i jego „Stomatologia bez bólu”, „My tam gdzie nas nie ma”- my, czyli Czeczeńcy w cyklu przetworzonych reklam Lezginka, przewrotna agitacja inspirowana metodami marketingowymi rodem z zachodu, . Podobnie działa „Wojna” Ostriecowa i cała reszta jego prac, już same tytuły wiele sugerują- „Wolność na barykadach”, „Miłość, śmierć, wojna” czy „Nowy rząd”. I Struczkowa tworzy obrazy jak na zamówienie tyrana, propagując metodami popartu jego tyranię. Oczywiście wszystko to należy zamknąć w cudzysłów i może potem nałożyć na to kolejny cudzysłów. Niestety nie mogę poświęcić się tutaj głębszym hermeneutycznym badaniom, choć wypadałoby to zrobić, skoro powyżej wymieniłem twórców, których zamierzam poniżej krytykować.
To, co drażni mnie w tych pracach przede wszystkim, to to, że funkcjonować one mogą w dość wąskim kontekście. Operuje się tu kodami kulturowymi, które mogą nie trafić do widza spoza dawnej żelaznej kurtyny. Jan Świdziński nazwać by mógł te prace liczmanami, czyli wyrażeniami tracącymi swe znaczenie przez zmianę kontekstu. Lecz co mnie jako odbiorcę, należącego do grupy docelowej działania tych prac, to obchodzi? Ma to znaczenie po pierwsze dlatego, że sztuka ta zamyka się w definicji publicystyki a to wpływa na formę przekazu. Prace działają tu i teraz, ale nie dlatego, że są warsztatowym popisem manualnego geniusza, lecz tylko dlatego, że problematyka w nich poruszana dotyczy nas bezpośrednio. Po drugie refleksje, które taka sztuka wzbudza nie wybiegają zbyt często poza krąg problemów polityczno – kulturalnych. Te prace ruszają mnie jako Polaka a chciałbym żeby zwracano się do mnie – do widza, jak do człowieka. Chciałbym czegoś więcej, jestem nienasycony, Kapitan Europa nie rozwiał moich wątpliwości. Konceptualiści choćby, jakoś silniej stymulowali moje myślenie.
Biorę oczywiście pod uwagę to, że jest to wystawa, która z założenia miała uwydatnić publicystyczny charakter tych prac, który jest inwariantem twórczości artystów z obu krajów, bo w końcu zestawienie prac nie było przypadkowe. Wiadomo również, że performance Kulika, działają bardziej uniwersalnie. Dlatego też napisać muszę koniecznie, że nie jest to sztuka, którą odrzucam całkowicie, bo w końcu działa ona silnie, są w niej tylko aspekty, co, do których mam wątpliwości.
Dalej zajmę się tym, co ujęło mnie w całości, pozytywnie stymulowało i nie rozczarowało na tej wystawie. Pozytywnie podziałał na mnie Rafał Bujnowski ze swoimi czarnymi pejzażami. Prosta koncepcja, pozwalająca zmieścić na jednym płótnie wiele informacji. Gdyby Derrida wziął się za odszyfrowywanie prac Bujnowskiego zajęłoby mu to pewnie wiele tomów. Być może, dlatego tak radykalnie i nieco bezmyślnie konserwatywni krytykanci jak Łukasz Radwa z „Wprost” nazywa tego artystę „niesprzedawalnym”. Po prostu, aby docenić takie prace i do tego je kupić potrzeba odrobinę wyobraźni. Fakt, że Bujnowski nie pisze manifestów pozwalających wejść na jakąś konkretną ścieżkę interpretacji. Ale to nie powód żeby go przekreślać. Podziałały na mnie, połechtały mnie te płócienka z tym video suplementem, gdzie autor nanosi z pietyzmem kolejne czarne plamy aż do całkowitego zaciemnienia płótna. Czarne prostokąty, jak świeżo odnalezione ikony. Czarne płócienka jako ekspresja ostateczna. Wiele razy stawałem przed kartonem i w konsekwencji tego, że chciałem powiedzieć, narysować, poruszyć zbyt wiele tematów jednocześnie, kończyłem stojąc przed gęstą siatką kresek, będących znakiem pustym, co i raz napełniającym się wspomnieniem planów znaczeń. Jak jakiś Tobey albo coś takiego... A Bujnowski poszedł o krok dalej i stworzył, takie małe czarne dziury znaczeń. Zostajemy tylko z tytułem np. „Pejzaż z drzewem i domem” i wspomnieniem tegoż drzewa i domu, ale pamięć jeszcze nic nie wyjaśnia, więc znaczenia multiplikują się. Może jestem naiwny, może zbyt płodną mam wyobraźnie i daje się nabrać na to „hochsztaplerstwo” a Bujnowski liczy tak naprawdę tylko na pieniądze podatników, jak pisze pan Radwan, myślący tak zapewne jeszcze o Opałce, Wodiczce, Partumie, Kosuthcie Swidzińskim i innych? Toż to niedorzeczność!
Następną wziętą na sztylet tępej krytyki Radwana artystką była Anna Baumgart, która również przypadła mi do gustu. Cyfrowo podstawiła się ona w miejsce aktorki z filmu „Lecą Żurawie” Michaiła Kutuzowa. Parę krzykliwych scen grozy. Takie nic. Ale to małe nic na tle reszty wystawionych prac – jest jedyną z niewielu prywatnych, bardzo osobistych, intymnych mitologii artysty. Może jeszcze Janin zadziałała tak wrażliwie i bezpośrednio. No i może Tiszkow... Nie wnikam tu w szczegóły tej pracy. Za nią powinien wziąć się jakiś psychoanalityk raczej, ale właśnie, dlatego, że tak daleko ta praca odbiega od „normy” tak na mnie ona wzruszyła, poruszyła. Baumgart rozczarowywuje jednak takimi pracami jak „Bombowniczka”. Ostatnio, na całe szczęście dla tej pracy, miałem wątpliwą przyjemnością czytać wywiad z tą artystką, zamieszczony w „Lampie”. Nie dość, że sam obiekt – dziewczyna w ciąży z maską świni na twarzy – wygląda jak tajwański bubel to jeszcze dowiadujemy się od artystki, że inspiracją do tej pracy była samotna młoda dziewczyna, bez szans na rozwój i że takie właśnie bezbronne istoty mogą w przyszłości posunąć się do aktów terroru. Beznadziejnie głupie się to nie wydaje, ale Baumgart nie mogła chyba wybrać już bardziej nietrafionej formy. Dalej będę utrzymywał, że jeśli chce się przekazywać takie treści to najlepszą formą byłby felieton. Co do Baumgart Radwan się nie pomylił tak strasznie...ale nieźle zagrała w „Lecą Żurawie”
Pójdę za ciosem i wymienię tą kontrowersyjną Zuzannę JaninĘ. Własnego pogrzebu nie inscenizuje się dla poklasku, nie naraża się rodziny na ból dla poklasku. Do takiego skrajnego działania mógł ją tylko popchnąć instynkt badacza – psychologa, socjologa – rządnego dogłębnej eksploracji niedostępnych nikomu na codzień rejonów ludzkiej psyche. W pytaniu o koniec konieczne są empiria. Ale to też doświadczenie indywidualne. Mnie jako widzowi – niewiele ta praca wyjaśnia. To jakaś wewnętrzna transgresja samej artystki i to też przekracza ona problem własnej śmierci tylko w tym skromnym wymiarze wizualności, rejestruje bliskich w trakcie obrządku pochówku. To wszystkiego wyjaśnić nie może. Najwięcej musiało zajść w niej. To ciekawe. Nie wiem czy kiedykolwiek zdecydowałbym się na taką socjo-manipulację... w jakimkolwiek celu. Ale ja Janin absolutnie nie potępiam. W pewnym sensie nawet ją podziwiam... udźwignąć taką sytuację... A to wszystko, bo chciała wiedzieć...
Leonid Tiszkow – Wiazannik – czyli wełniany skafander na całe ciało – otula jak rodzina. Praca bez patosu, minimalistyczna, poetycka, ciepła, doskonała. Tu chyba nie trzeba tłumaczyć dlaczego.
Jeszcze tylko dwie prace powalające: „Abacus” Siergieja Szutowa i współgrające z nią „Slogany” Anatolija Osmołowskiego. Grupa pogrążonych w modlitwie czarnych sylwet, zwróconych w jednym kierunku, ustawionych na planie trójkąta. Kiwają się rytmicznie w tył i w przód bełkocąc mantry, których treści nie sposób rozpoznać. Obok telewizor z przelatującymi, religijnymi, najprawdopodobniej, tekstami po hebrajsku, arabsku, hindusku i pewnie paru innych językach . Czym jest sam Abacus? Abacus jak czytamy w encyklopedii Laroussa – „jest jednym z dwóch głównych systemów rezerwacji komputerowej biletów lotniczych”, co drogą prostej asocjacji przywołuje w pamięci wydarzenia z jedenastego września. Czyli jest to praca uderzająca we wszelki fundamentalizm. Praca wprowadza w dziwny nastrój. Widzimy postaci pogrążone w modlitwie, medytujące, być może powtarzające święte teksty a odczuwa się niepokój, niemal witkiewiczowski, metafizyczny, bo w tej modlitwie jest coś, co źle wróży. Jakby treść tej sytuacji nie odpowiadała żadnej świętości. Żadnemu dobru. „Prawdziwa wolność w najokrutniejszej logice rozwoju historycznego: wszystko pozostałe to samowola” czytamy na ścianie, w stronę, której zwracają się ci dziwni pielgrzymi. Ledwo widoczny napis wypisany kurzem Slogan Osmołowskiego wydaje się wyjawiać prawdę zawsze aktualną – Święte Wojny może wywołać każda wyzwalająca wiara. Ktoś tu dotyka uniwersum a w sali obok na ścianie „Transformers. Cząstki elementarne”.
Jeszcze tylko zaznaczę, że prace video Bąkowskiego, Kalinowskiej i Czerepoka zrobiły na mnie pewne wrażenie. Nie omówiłem też szerzej Gutowa „Nad czarnym błotem” a praca świetna i wymagałaby tego.
Pominąłem wielu artystów ważnych (jak Wawrzykowski, Szubin, Wasiliew, Petlura), mogłem też przeinaczyć intencje niektórych wymienionych, jednak obstawałbym przy tym, że w dzieła wlewa się znaczenie, sugerując się oczywiście jego kształtem. To też Świdziński chyba gdzieś powiedział, że jest tyle sensów, znaczeń ilu widzów. Podzielę się jeszcze na koniec żalem, że sama kurator wystawy, pani Ewa Gorządek, oprowadzała nas w tak niekorzystnych warunkach. Recenzja ta mogłaby być wtedy bogatsza o eksplikacje, wyjaśnienia, interpretacje osoby, która informacje o tych dziełach ma z samego źródła.

designed by Ratz